Z Życia
Akademii Medycznej
w Warszawie
Uroczysta promocja na II Wydziale Lekarskim.
Od lewej stoją profesorowie: M.Borkowski - były dziekan II WL, L.Pączek
- prorektor AM, J.Sawicki - prorektor AM, J.Stelmachów - dziekan II WL,
J.Piekarczyk - rektor AM, W.Gliński - dziekan I WL, J.Kowalski - prodziekan
Wydziału Farmaceutycznego, M.Karolczak - prodziekan II WL.
Spis treści:
Mgr Mariusz Foryś
Uroczysta promocja absolwentów
II Wydziału Lekarskiego warszawskiej AM odbyła się 21-ego stycznia b.r.
w pięknej scenerii Sali Balowej Zamku Królewskiego. W trakcie podniosłej
uroczystości wręczono dyplomy dla 105 lekarzy, 17 doktorów nauk medycznych
oraz 5 doktorów habilitowanych nauk medycznych. Po raz pierwszy w dziejach
Wydziału, 9ciu Obcokrajowców otrzymało dyplomy lekarskie po ukończeniu
studiów w Oddziale Nauczania w Języku Angielskim. Fakt, iż tak ważna -
w życiu bohaterów tego wydarzenia uroczystość miała miejsce w ostatnim
roku drugiego tysiąclecia, został odnotowany przez wszystkich mówców wieczoru.
Pomimo artykułowanych obaw, a także i gorzkich słów związanych z niełatwą
sytuacją w przeobrażającym się systemie polskiej opieki zdrowotnej, perspektywa
nowego millenium wykreowała wśród obecnych klimat pewnego optymizmu.
Bezpośrednio po wykonaniu
- przez chór A M - hymnu "Gaude Mater Polonia" i zajęciu miejsc przez Władze
Uczelni, Senat, Profesorów, oraz zaproszonych gości, oficjalnego otwarcia
uroczystości dokonał Dziekan II Wydziału Lekarskiego - Prof. dr hab. Jerzy
Stelmachów.
Witając wszystkich zgromadzonych
na - dwudziestej już - promocji absolwentów jednego z najmłodszych Wydziałów
naszej Akademii, Pan Dziekan pogratulował sukcesu absolwentom, doktorom,
i doktorom habilitowanym. Absolwentom życzył, aby wybrany przez nich zawód
lekarza przyniósł im wiele satysfakcji; ich rodzinom i najbliższym podziękował
za pomoc, trud i wyrozumiałość okazywaną przez lata - przepełnionych wytężoną
nauką - studiów. Prosił także o zachowanie w życzliwej pamięci swojej Uczelni
i nauczycieli akademickich, którzy przekazując wiedzę starali się uwrażliwić
swoich uczniów na cierpienie ludzkie, oraz kształtować w nich postawę pokory
i współczucia.
Wystąpienie JM Rektora AM
Prof. dr hab. Janusza Piekarczyka zawierało szereg nawiązań do mijającej
właśnie rocznicy 50 - lecia powstania Akademii Lekarskiej w Warszawie,
jako samodzielnej uczelni akademickiej, która utworzona została z Wydziału
Lekarskiego UW, Wydziału Farmaceutycznego, oraz Akademii Stomatologicznej.
Jego Magnificencja podkreślił, jak ważna dla absolwentów, powinna być świadomość
ciągłości tradycji i wybitnych dokonań luminarzy naszej Alma Mater. Odnosząc
się do dzisiejszej rzeczywistości, JM Rektor nawiązał do współczesnych
osiągnięć warszawskiej AM, która od lat lokuje się w czołówce, a niekiedy
na nawet na pierwszym miejscu, w rankingu uczelni medycznych. Padły też
cierpkie słowa na temat sytuacji w jakiej znalazła się rodzima służba zdrowia
w realiach reformowanego systemu opieki zdrowotnej. Wiele najbardziej rozwiniętych
placówek opieki zdrowotnej w Polsce - w tej liczbie placówki naszej AM
- stanęło przed realną groźbą upadku. Do budowania optymizmu, niezbędnego
w nastawieniu własnym oraz kształtowaniu lepszej przyszłości całej polskiej
służby zdrowia, za pomocne Jego Magnificencja uznał wzorce płynące z postaw
wielkich lekarzy - autorytetów moralnych i zawodowych, oraz wielkich autorytetów
uniwersalnych, takich jak Jan Paweł II.
Po wystąpieniu JM Rektora,
nadeszła pora na moment stanowiący ukoronowanie procesu edukacji młodych
adeptów sztuki lekarskiej - złożenie przysięgi Hipokratesa i odebranie
dyplomów. Aż 12 tegorocznych absolwentów uzyskało średnią uprawniającą
ich do uzyskania dyplomów z wyróżnieniem. Ponadto, złotymi odznakami STN
uhonorowano 4 szczególnie aktywnych członków Studenckiego Towarzystwa Naukowego.
W następnej kolejności,
zabrzmiały słowa przysięgi doktora nauk medycznych i ślubowanie wypowiedziane
przez 17 lekarzy, którzy obronili prace doktorskie. Wręczenia dyplomów
dokonali promotorzy poszczególnych doktorantów. Otrzymanie najwyższych
stopni naukowych - doktora habilitowanego, tego wieczoru stało się udziałem
5 doktorów nauk medycznych, którzy zakończyli przewód habilitacyjny. Dyplomy
doktorom habilitowanym wręczył JM Rektor AM.
Część oficjalną uroczystości
zakończyły wystąpienia przedstawicieli - absolwentów i doktorów. Jako pierwsza
głos zabrała lek. med. Joanna Placzke; w skierowanym do nauczycieli akademickich
podziękowaniu, pragnęła wyrazić najwyższy szacunek dla ich wysiłku i cierpliwości,
oraz wiedzy w trudnej sztuce niesienia pomocy innym ludziom.
W imieniu doktorów i doktorów
habilitowanych przemawiała doc. dr hab. Beata Śpiewankiewicz: "Uzyskane
dzisiaj tytuły naukowe są - z pewnością - naszym sukcesem osobistym, są
także odzwierciedleniem dbałości Uczelni o jej działalność naukową (...)
a także starania o umożliwianie dalszego doskonalenia zawodowego."
Część artystyczną, która
jednocześnie była epilogiem tej promocji, wypełniły utwory fortepianowe
Fryderyka Chopina w wykonaniu Pawła Mazurkiewicza, ucznia prof. dr hab.
Andrzeja Dutkiewicza z Akademii Muzycznej w Warszawie. Zakończony rzęsistymi
brawami występ młodego pianisty doprowadził nas do zamknięcia XX promocji
absolwentów oraz nadania wyższych stopni naukowych na II Wydziale Lekarskim
AM w Warszawie.
Wyróżnieni absolwenci:
lek. Krzysztof Bocheński, lek. Marcin Bury, lek. Sebastian Gajda, lek.
Dariusz Kawecki, lek. Katarzyna Kołodziej, lek. Paweł Kuziemka, lek. Anna
Sokołowska, lek. Sebastian Stec, lek. Izabela Toczyska, lek. Beata Uziębło,
lek. Dorota Walasik, lek. Mahaseth Hemchandra.
Złote odznaki STN otrzymali:
Dariusz Kawecki, Michał Wszoła, Sebastian Stec, Anna Pawlak.
Lista doktorantów:
dr n. med. Marcin Trochimczuk - wyróżnienie, dr n.med. Małgorzata Krzywdzińska
- wyróżnienie, dr n. med. Witold Woźniak - wyróżnienie, dr n. med. Piotr
Jędrasik - wyróżnienie, dr n. med. Roman Kuczerowski, dr n. med. Robert
Mlosek, dr n. med. Małgorzata Szopińska, dr n. med. Robert Stefański, dr
n. med. Gabriela Jagielska, dr n. med. Agata Brzozowska, dr n. med. Artur
Cedro, dr n. med. Krzysztof Noll, dr n. med. Konrad Pasek, dr n.
med. Artur Szubert, dr n. med. Krzysztof Szafranko, dr n. med. Iwona Tranda,
dr n. med. Roman Sosnowski.
Lista doktorów medycyny, którzy otrzymali dyplom doktora habilitowanego:
1. dr hab. med. Mirosław Jarosz
"Witamina C a zakażenie Helicobacter pylori"
Katedra i Klinika Gastroenterologii CMKP
Kierownik: prof. dr hab. Jan Dzieniszewski
2. dr hab. nauk medycznych Piotr Ciostek
"Badania nad endoskopowym podpowięziowym przecinaniem żył przeszywających
goleni"
Katedra i I Klinika Chirurgii
Kierownik: prof. dr hab. Wojciech Noszczyk
3. dr hab. med. Waldemar Kostewicz
"Badania nad tętniakami rzekomymi w zespoleniu dalszym protezy aortalno/biodrowo
udowej..."
Katedra i I Klinika Chirurgii
Kierownik: prof. dr hab. Wojciech Noszczyk
4. dr hab. med. Beata Śpiewankiewicz
"Ocena wartości i skuteczności operacji histeroskopowych w przypadkach
patologii wewnątrzmacicznej"
Katedra i I Klinika Położnictwa i Ginekologii
Kierownik: prof. dr hab. Jerzy Stelmachów
5. dr hab. med. Włodzimierz Sawicki
"Ocena wartości współczesnej ultrasonografii w diagnostyce nowotworów
macicy i przydatków"
Katedra i I Klinika Położnictwa i Ginekologii
Kierownik: prof. dr hab. Jerzy Stelmachów
Sponsorzy promocji:
WYSTĄPIENIE REKTORA AKADEMII MEDYCZNEJ
Prof. dr hab. Janusz Piekarczyk
Wielce Szanowni Państwo,
Zgromadziliśmy się dzisiaj
w tych pięknych wnętrzach Zamku Królewskiego w Warszawie aby cieszyć się,
że ponad 100 absolwentów II Wydziału Lekarskiego AM w Warszawie ukończyło
studia, i za chwilę otrzyma dyplomy lekarza. Dzięki szczególnym staraniom
dziekanów II Wydziału i przychylności Dyrekcji Zamku, ta doniosła uroczystość
odbywa się w wyjątkowej oprawie.
To dobrze, to bardzo ważne,
ponieważ każdy z głównych bohaterów dzisiejszego dnia, powinien na całe
życie zapamiętać zarówno formę jak i treść tego wydarzenia. Oczywiście
ważniejsza jest treść, jednak forma stanowi jakże ważną oprawę tej
treści. Stała się ona już tradycją nawiązującą do historii Wydziału, Uczelni,
i historii nauczania medycyny w Warszawie.
Właśnie w styczniu 2000
r. mija 50-lecie utworzenia Akademii Lekarskiej w Warszawie, jako
samodzielnej uczelni akademickiej. Powstała ona z Wydziału Lekarskiego
Uniwersytetu Warszawskiego, Wydziału Farmaceutycznego, oraz Akademii Stomatologicznej.
W marcu 1950 roku nadano jej nazwę - Akademia Medyczna w Warszawie.
Jest więc nasza Uczelnia
spadkobiercą chlubnych tradycji Uniwersytetu Warszawskiego, a nawet poprzednio
istniejących szkół medycznych.
W ubiegłym roku minęło 210
lat od utworzenia w 1789 r., w Warszawie, pierwszej szkoły Medyko-Chirurgicznej,
oraz 190 lat od powstania Wydziału Akademicko-Lekarskiego. Prezesem tej
Uczelni został Stanisław Staszic jeden z najwybitniejszych Polaków tej
doby.
Nie czas i miejsce aby w
dniu dzisiejszym przywołać wszystkie najwybitniejsze postaci warszawskiej
i polskiej medycyny, które budowały tradycję naszej szkoły, a ich wybitne
osiągnięcia dotyczą niemal wszystkich dyscyplin medycznych i stanowią o
pozycji i znaczeniu nauk medycznych w Polsce dzisiaj. Bądźmy świadomi ciągłości
tej tradycji i bądźmy dumni, że właśnie w tej Uczelni było nam dane uzyskać
dyplom lekarza.
Niewątpliwie wybraliśmy
jeden z najbardziej odpowiedzialnych, ale i najpiękniejszych zawodów świata.
Zarówno Państwo stojący u progu swojej drogi, jak i my po kilkudziesięciu
latach pracy zawodowej nie zawsze - do końca - zdajemy sobie sprawę z tego,
jak ogromną szansę dostaliśmy od losu. Tą szansą jest: nieść pomoc cierpiącym,
szansą tą jest leczenie chorych. Sprostanie ich oczekiwaniom jest największą
nagrodą dla lekarza. Myślę, że wiedzą o tym jednak wszyscy lekarze, że
wie o tym każdy lekarz, który jest człowiekiem dobrej woli, niezależnie
od tego czy jego staż pracy wynosi kilka miesięcy, czy 30, 40 lat.
Natomiast można odnieść
wrażenie, że zupełnie nieświadome są tego elity polityczne. Podobne wrażenie
- czasami też - sprawiają niektórzy dziennikarze, którzy rzadko zauważają
solidnie pracującego lekarza, a nawet dziesiątki i setki lekarzy, podnosząc
niebywały krzyk w przypadku błędu w postępowaniu lekarskim. Mają ku temu
prawo, bo to jest - z kolei - ich misja, ich obowiązek; bo walka z nieprawidłowościami,
z patologią, jest potrzebna a nawet niezbędna do eliminacji tej patologii.
Nie mają oni jednak prawa do uogólniania tych zjawisk, do utrwalania tych
incydentalnych wydarzeń w świadomości społecznej, za cenę taniej sensacji.
Takie postępowanie można zakwalifikować jako "grzech obmowy", a nawet zniesławienia.
Pamiętajmy mimo wszystko, że zawsze będziemy na cenzurowanym, i że
lekarzowi mylić się - po prostu nie wolno.
Za chwilę nastąpi właśnie
ten najbardziej uroczysty moment w życiu lekarza; będziecie powtarzali
za Dziekanem słowa przysięgi. Wsłuchajcie się uważnie w te słowa, we własne
słowa, i niech będą one głównym kierunkowskazem Waszego życia zawodowego.
Nie chcę przez to powiedzieć, że lekarz musi bezkrytycznie przyjmować warunki
pracy, że nie powinien widzieć - równie wielkiej - odpowiedzialności polityków
za losy chorych mu powierzonych.
Zobowiążecie się Państwo
także za chwilę do stałego podnoszenia własnych kwalifikacji, podobnie
jak uczyniliśmy to kiedyś my wszyscy. Uczyniliśmy to z przekonania ponieważ
wiemy, że lekarz który się nie uczy, cofa się w rozwoju, bo wiedza medyczna
nieustannie idzie do przodu.
Warszawska Akademia Medyczna,
nasza Akademia, stara się wysiłkiem wszystkich Jej pracowników utrzymać
się w czołówce, a nawet bywa na pierwszym miejscu w rankingu uczelni medycznych
w Polsce.
O postępie we wdrażanych
nowościach, zarówno do dydaktyki, jak i wysokospecjalistycznej opieki zdrowotnej
świadczy wiele przykładów, które znacie z okresu studiów. Postęp ten dotyczy
wysokospecjalistycznej diagnostyki i terapii w zakresie wielu specjalności
medycznych, chorób wewnętrznych, chirurgii, w tym np. transplantologii.
Postęp ten związany jest wprowadzeniem nowych metod leczenia, nowych środków
technicznych i leków. Rozwój w tym zakresie wiele kosztuje, ale koszty
te są niezbędnymi wymogami postępu. Obecnie w zasięgu naszych możliwości
są niemal wszystkie techniki i metody stosowane w przodujących krajach
świata. Zupełnie odrębną sprawą jest ich szeroka dostępność społeczna;
ale o tym już nie decydują przecież lekarze.
Środowisko lekarskie może
mieć obecnie wiele powodów do niepokoju; nie sposób przejść obojętnie wobec
- jakże licznych - głosów krytycznych wobec dokonujących się i planowanych
zmian w obrębie systemu opieki zdrowotnej. Obawiamy się aby realizowana
reforma opieki zdrowotnej, nastawiona głównie na jej ekonomizację, nie
doprowadziła do upadku najbardziej rozwiniętych placówek opieki zdrowotnej
w Polsce, do których niewątpliwie należą placówki AM. Zagrożenia - w tym
zakresie - dostrzegają profesorowie Akademii Medycznej, realnie widzą rektorzy
wszystkich akademickich szkół medycznych w Kraju, i głośno wołają o program
naprawy. Wyrażam nadzieję, że głos ten zostanie usłyszany.... i zostanie
on w porę usłyszany.
Powinienem, muszę wobec
Was, stojących u progu kariery zawodowej, optymistycznie patrzeć w przyszłość,
i widzieć tę przyszłość związaną z możliwościami rozwoju naszej Alma Mater
i całej polskiej służby zdrowia w nadchodzącym XXI wieku.
Pomocne niech nam będą postawy
wielkich lekarzy - autorytetów moralnych i zawodowych, którzy byli naszymi
poprzednikami, i stanowią wzory do naśladowania. Jestem przekonany, że
każdy z Państwa ma w najbliższym otoczeniu osoby godne naśladowania; może
są to nasi nauczyciele akademiccy z okresu studiów; może są to starsi koledzy,
których spotkaliśmy na stażu; może spotkamy ich dopiero w przyszłości.
Nie przeoczmy tych spotkań. Każdy lekarz powinien - niewątpliwie - dążyć
do doskonałości zawodowej, powinien także być prawdziwym humanistą
niosącym pomoc cierpiącym, ale i właściwie reagującym na problemy społeczne.
Wszyscy potrzebujemy autorytetów
w życiu codziennym, podobnie - w życiu zawodowym, w polityce. Nade wszystko
jednak potrzebujemy autorytetów uniwersalnych. Niemal wszyscy do takich
autorytetów zaliczają naszego wielkiego Rodaka Jana Pawła II.
Pozwólcie, że zacytuję Jego
wypowiedź - cytat z Orędzia na Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 2000 r.
Sądzę, że może on stanowić swoiste przesłanie dla nas Polaków - Europejczyków,
w przededniu integracji narodów tego kontynentu, w XXI wieku.
Cytuję: "(...) Pilniejsza
niż w przeszłości, jest dziś konieczność kształtowania wrażliwości na uniwersalne
wartości moralne, aby można było stawić czoło problemom współczesności,
których powszechny charakter wynika stąd, że nabierają one wymiarów ogólnoświatowych.
Popieranie sprawy pokoju i praw człowieka, rozstrzyganie wewnętrznych i
międzynarodowych konfliktów zbrojnych, ochrona mniejszości etnicznych,
troska o środowisko naturalne, walka z groźnymi chorobami, ..... oraz korupcją
w polityce i gospodarce to są problemy, którym żaden naród nie jest w
stanie sprostać samodzielnie. Dotyczą one całej ludzkości, należy je zatem
wspólnie podejmować i rozwiązywać."
Wspomniałem o znaczących
dokonaniach naszych poprzedników, lekarzy XIX i XX wieku. Najbardziej prestiżową
nagrodą, również w dziedzinie medycyny, jest nagroda Nobla. Uczelnia nasza,
a dokładniej - siostrzany I Wydział, swoiście czci każdego roku przyznanie
tej nagrody, poprzez organizację Wykładów Noblowskich, co stanowi szczególny
hołd dla tego - niewątpliwie - najwybitniejszego osiągnięcia naukowego.
Takie wykłady odbyły się również w grudniu minionego roku. W kontekście
przytoczonego cytatu powinniśmy także pamiętać, że w 1999 r. lekarze otrzymali
również inną specjalną nagrodę Nobla. Międzynarodowa organizacja "Lekarze
bez granic" otrzymaśa jakże prestiżową "Pokojową Nagrodę Nobla".
Szanowni Państwo, serdecznie
gratuluję Wam uzyskanych dyplomów i u progi drogi zawodowej, życzę wszelkiej
pomyślności. W imieniu władz Uczelni, którą opuszczacie, życzę Wam sukcesów
w życiu w życiu i w pracy zawodowej, przypadającej w całości na XXI wiek.
Państwa dzisiejszy sukces to również rezultat pracy Waszych Profesorów
i całej kadry dydaktyczno-naukowej II Wydziału Lekarskiego, której gratuluję
tego sukcesu i składam podziękowanie.
Serdecznie gratuluję doktorom
medycyny i doktorom habilitowanym, którym wręczone zostaną dyplomy, w dniu
dzisiejszym. Niech Państwa sukces naukowy, w postaci zdobytych stopni naukowych,
będzie zachętą dla tych młodych kolegów, aby jak najliczniejsza ich grupa
poszła w Wasze ślady.
Gratuluję i dziękuję! A
Państwu dziękuję za uwagę!
WYSTĄPIENIE DZIEKANA II WYDZIAŁU LEKARSKIEGO
Prof. dr hab. Jerzy Stelmachów
Witam na kolejnej 20-stej
już promocji najważniejszych uczestników naszej uroczystości 105 absolwentów
II Wydziału Lekarskiego 17 lekarzy, którzy obronili prace doktorskie oraz
5 doktorów nauk medycznych, którzy uzyskali stopień doktora habilitowanego.
Witam rodziny i najbliższych
naszych bohaterów. Jesteście absolwentami jednego z najmłodszych Wydziałów
naszej Alma Mater, który dotychczas ukończyło 2609 lekarzy, 336 osób uzyskało
stopień doktora nauk medycznych 53 doktora habilitowanego a 60 otrzymało
tytuł Profesora.
W tym roku po raz pierwszy
w dziejach naszego Wydziału 9 osób otrzymało dyplomy lekarskie po 6-cio
letnich studiach w Oddziale Nauczania w Języku Angielskim. Łączymy duże
nadzieje na dalszy rozwój tego Oddziału, na którym obecnie studiuje 130
obcokrajowców nauczanych właśnie w języku angielskim. Również w tym roku
podtrzymujemy tradycję wręczenia dyplomów w Zamku Królewskim a więc w przepięknej
scenerii wspaniałych sal.
Niecodzienna jest również
data Waszej uroczystości. Jest to bowiem ostatni rok drugiego tysiąclecia
a więc w trzecie tysiąclecie wejdziecie z dyplomami i ogromną nadzieją
na wspaniałe kariery zawodowe i naukowe. Tego Państwu z całego serca życzę.
Rzeczywistość nie nastraja nas jednak tak optymistycznie. Dbają o to intensywnie
Kasy Chorych oszczędzając na wszystkim z wyjątkiem uposażeń swoich pracowników.
Żyjemy w czasach limitowania liczby chorych, których możemy leczyć - co
w sposób oczywisty rozmija się z zasadami konkurencyjności i gospodarki
wolnorynkowej a przecież obiecywano nam "podążanie pieniądza za pacjentem"
- okazuje się, że nie za każdym a tylko za tym, który zmieści się w przyznanym
limicie.
Rzeczywistość końca XX wieku
zmusza Nas do ostrej konkurencji - oby odbywała się ona zgodnie z regułami
"fair play".
Pozwólcie przytoczyć tu
słowa Henryka Nusbauma wybitnego polskiego lekarza, który w "Zarysie etyki
lekarskiej" pisze "Niechaj pamiętają lekarze, że - po zawodzie kapłańskim
- zawód lekarski jest najczcigodniejszym, jednym z najpodnioślejszych,
może i najcięższych, ale gdy kroczy na wyżynach obowiązującej go etyki"
Dziś ubiegłoroczni Absolwenci
II Wydziału Lekarskiego złożą przysięgę Hipokratesa. Akt ten od tysiącleci
wprowadza adeptów sztuki lekarskiej w cudowny świat medycyny w najpiękniejszy
na świecie zawód. W przyrzeczeniu tym na czołowym miejscu znajduje się
troska o życie i zdrowie człowieka. A zatem witajcie wśród nas.
Z jednej strony jest to
wydarzenie radosne bo otwiera w życiu nowy etap a z drugiej strony smutne
bo zamyka jakże przyjemny i radosny etap życia studenckiego, który charakteryzuje
się oprócz wytężonej nauki, często beztroską i zabawą.
Do tego okresu będziecie
wracać w swych wspomnieniach tak jak to i my to po wielu latach czynimy.
W tym właśnie czasie zawiązują się przyjaźnie, które często towarzyszą
nam przez całe zawodowe i naukowe życie. Mam do was ogromną prośbę
abyście zachowali w pamięci Waszą szkołę Akademię Medyczną w Warszawie
i wszystkich nauczycieli, którzy przyczynili się do uzyskania przez Was
dyplomu lekarza i którzy nie szczędzili trudu aby oprócz przekazania wiedzy
czysto medycznej trwale uwrażliwić Państwa na cierpienie chorego człowieka
i aby w postawach można było odnajdywać pokorę i umiejętność współczucia.
Życzę Państwu przede wszystkim
realizacji marzeń i planów tak zawodowych jak i osobistych i aby
wybrany przez Was zawód lekarza przyniósł wiele satysfakcji.
Rodzinom i najbliższym,
naszych dzisiejszych bohaterów, dziękuję za pomoc, trud i wyrozumiałość
okazywaną podczas sześcioletnich niewątpliwie, jednych z najcięższych studiów.
Zdajemy sobie sprawę, że bez Państwa wsparcia duchowego i finansowego w
wielu wypadkach ukończenie studiów nie byłoby możliwe.
Powrót do spisu treści
Sprawozdanie z Konferencji n.t. "Usługi medyczne 3-go poziomu referencyjności oraz funkcjonowania szpitali klinicznych - w świetle kontraktów podpisanych z Kasami Chorych"
Organizatorem Konferencji,
która odbyła się w dniu 19.01.2000 r., byli: Akademia Medyczna w Warszawie
i Samodzielny Publiczny Centralny Szpital Kliniczny AM przy ul. Banacha
1a. Honory gospodarza Konferencji pełnił Szpital Kliniczny przy ul. Banacha,
gdzie spotkali się Rektorzy Uczelni Medycznych z całego kraju, Kadra Profesorska
AM w Warszawie, Kierownicy Zakładów i Klinik SP CSK, Dyrektorzy Szpitali
Klinicznych, z przedstawicielami: Ministerstwa Zdrowia, Parlamentu Polskiego
(w tym Sejmowej Komisji Zdrowia ), Władz Samorządowych Warszawy i Województwa
Mazowieckiego, oraz Mazowieckiej Kasy Chorych.
Potrzeba zorganizowania
takiego spotkania wynikała, przede wszystkim, z poważnego zaniepokojenia
środowiska medycznego aktualnym stanem reformowanego - od roku - systemu
opieki zdrowotnej w Polsce. Niepokój ten, dodatkowo potęgowany jest przez
fakt nierzadkich prób obarczania służby zdrowia winą za dotychczasowe efekty
tej reformy.
Wprowadzenia w zakres tematyczny
Konferencji dokonał prof. dr hab. Mieczysław Szostek - Prorektor
AM ds. Klinicznych, Inwestycji i Współpracy z Regionem. "Oceny funkcjonowania
systemu opieki zdrowotnej zdążył już dokonać - na swój użytek - każdy:
jego twórcy, pracownicy służby zdrowia, oraz pacjenci. Jak wynika z doniesień
mediów - licznych publikacji prasowych, danych rozpowszechnianych przez
radio i tv, w
społeczeństwie przeważa opinia negatywna. Pogląd taki dominuje także
w środowisku medycznym."
Innym przyczynkiem do organizacji
tej Konferencji były niewątpliwie rezultaty zakończonych negocjacji szpitali
klinicznych z Mazowiecką Kasą Chorych. Wiele wskazuje na to, że niektóre
z nich mogą znaleźć się na skraju upadłości, w drugiej połowie roku. Kontrakty
szpitali klinicznych są niższe od ubiegłorocznych o średnio 20-25 %, w
zakresie opieki stacjonarnej; jeszcze niżej zostały wycenione konsultacje
specjalistyczne i polikliniczne. Wobec takiej sytuacji, nieuniknione wydaje
się obniżenie standardu usług medycznych przez te placówki. Szacunki wskazują,
iż na bazie zaoferowanych przez MKCh kwot, polikliniki realizujące usługi
ambulatoryjne, powinny być otwarte nie dłużej niż 2 godziny dziennie. Jest
to więc ewidentny przykład niewłaściwego wykorzystania i gospodarowania
istniejącym potencjałem, w systemie ochrony zdrowia. "Taki system, który
zakłada niewykorzystanie tego potencjału jest ekonomicznie szkodliwy i
nie może być, jak sądzę, akceptowany. Co więcej, taka sytuacja w sposób
naturalny implikuje brak pełnego wykorzystania naszych najwyżej kwalifikowanych
kadr naukowych, specjalistów - niejednokrotnie kształconych za granicą.
( - )... niewykorzystanie ich byłoby grzechem zaniedbania, ze strony
organizatorów naszego systemu ochrony zdrowia. Grzechem, z którego przyjdzie
się rozliczyć." - powiedział profesor M. Szostek.
Rektor AM w Warszawie -
prof. dr hab. Janusz Piekarczyk wyraził pogląd, iż brak klarownej
polityki zdrowotnej Państwa i właściwego nadzoru nad jej poszczególnymi
składowymi, stanowi pierwotne źródło problemów, z którymi przyszło nam
się teraz zmierzyć. Brak pełnego wykorzystania bazy do wykonywania wysokospecjalistycznych
usług, którą są przecież szpitale kliniczne Akademii Medycznych, skutkuje
załamaniem się możliwości wypełniania innych funkcji tych szpitali, a więc:
funkcji dydaktycznych, naukowo - badawczych, wysokospecjalistycznej opieki
medycznej, oraz nadzoru specjalistycznego w obrębie makroregionu.
- "Czy tak miało być?, czy
takie były rzeczywiste zamiary Reformatorów wobec szpitali klinicznych.
( - ) .... Problem ten dotyczy przecież całej polskiej medycyny akademickiej.
Apeluję o zrozumienie inności funkcji szpitali klinicznych od funkcji pozostałych
szpitali publicznych."
Nieco szczegółowych danych
na temat oferty SP CSK AM złożonej Mazowieckiej Kasie zacytował prof. dr
hab. Marek Krawczyk - Kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej
i Chorób Wątroby. Tutejsza Poliklinika złożyła ofertę za 11 mln., otrzymała
akceptację na niecałe 3 mln. PLN, Klinika Neurochirurgii wyceniła swoje
usługi na ponad 9 mln., akceptacja opiewała na 5 mln. PLN, w Klinikach
- Chirurgii Naczyń i
Transplantologii oraz Kardiologii, nastąpiło zmniejszenie kwoty wyjściowej,
o odpowiednio: 30%, 50%.
Kolejni mówcy podnieśli
kwestię iluzoryczności podziału na poziomy referencyjności placówek służby
zdrowia. Za główną tego przyczynę wskazywano brak przyjęcia odpowiedzialności
za proces leczenia, przez lekarzy POZ. Wielu z nich nie chce ponosić kosztów
leczenia pacjentów, których problemy zdrowotne wykraczają poza tzw. najprostsze
przypadki. W takim kontekście nie może dziwić fakt, że z ogólnej liczby
pacjentów trafiających na izbę przyjęć tutejszego Szpitala, aż 98% przychodzi
ze skierowaniem. Jednocześnie mamy do czynienia z przerzucaniem kosztów
leczenia "pacjentów drogich", u których występują powikłania, na szpitale
3-ego poziomu referencyjności. Zestawienie realnych kosztów diagnostyki,
leczenia i hospitalizacji tych pacjentów - wobec limitów przyznawanych
przez Kasy Chorych daje dużo do myślenia.
Zwrócono też uwagę na całkowity
brak zainteresowania MKCh oddziałami intensywnej terapii, z którymi nie
podpisała ona, na terenie Warszawy, żadnej umowy. Pytanie o przewidywany
status i przyszłość tych oddziałów pozostało bez echa.
Prof. dr hab. Janusz
Nauman - Kierownik I Kliniki Chorób Wewnętrznych i Endokrynologii,
był pierwszym - tego dnia - mówcą, który z takim naciskiem mówił o dydaktycznej
i naukowej funkcji szpitali klinicznych.
- "My jesteśmy po to, by
uczyć przyszłe pokolenia lekarzy. Ażeby uczyć studentów dobrej medycyny
trzeba samemu coś wiedzieć; aby samemu coś wiedzieć trzeba się zająć pracą
naukową. Te funkcje szpitali klinicznych zostały w reformie całkowicie
pominięte." Podobne wątki znalazły się w wypowiedzi prof. dr hab. Grzegorza
Janczewskiego - Kierownika Katedry i Kliniki Otolaryngologii - "Polityka
kadrowa w kadrze naukowej to jest sadzenie lasu. Ja pracuję na swojego
następcę ( - ) ... to jest sprawa dojrzewania ludzi latami, gromadzenia
doświadczeń."
Obaj Profesorowie zwrócili
się do przedstawicieli mediów, środowiska dziennikarzy, z prośbą o nawiązanie
bezpośredniego kontaktu, który pozwoli im zapoznać się z rzeczywistym,
pozbawionym retuszu i manipulacji politycznej - obrazem dzisiejszej ochrony
zdrowia w Polsce. Nawiązali też do niewybrednej kampanii prowadzonej przez
część mediów, które z zastanawiającą konsekwencją rozpowszechniały mit
o braku zainteresowania lekarzy reformą i jej powodzeniem. Mówiło się nawet
o "mafii profesorsko - ordynatorskiej" torpedującej reformę, a jakość usług
medycznych miała być proporcjonalna wyłącznie do wysokości łapówki.
Prof. dr hab. Wojciech
Rowiński - Kierownik Katedry Chirurgii Ogólnej i Transplantacyjnej
ubolewał nad brakiem dialogu pomiędzy stronami: projektującymi reformę
i tymi, którym przyszło wprowadzać ją w życie. - "Jeżeli chce się tworzyć
coś razem, to trzeba r o z m a w i a ć ; bez dialogu nie ma możliwości
zrealizowania czegokolwiek do samego końca. Profesor pytał też retorycznie
- " ( - )....dlaczego takie spotkanie jak to, odbywa się z inicjatywy Rektora
AM czy Szpitala, a nie Ministerstwa lub Sejmu. ..... ( - ) Państwo nie
chce brać odpowiedzialności za reformę, przerzuca ją na nas; chce abyśmy
ją firmowali."
Zaplanowany przez Organizatorów
program Konferencji opierał się na prostym założeniu, iż po inicjujących
wystąpieniach i zawartych w nich zapytaniach ze strony mówców reprezentujących
CSK i AM, nastąpią wypowiedzi zawierające stosowne wyjaśnienia i opinie
zaproszonych gości. Jednak nie w pełni udało się ten scenariusz zrealizować.
Gdy chodzi o opinie, to owszem - można było niejedną takową usłyszeć, znacznie
trudniej było uzyskać konkretne i precyzyjne odpowiedzi na postawione pytania.
Wystąpienie dr Adama
Struzika Przewodniczącego Rady Nadzorczej MKCh zasadzało się głównie
na tezie, iż fundamentalny błąd - obniżenie obowiązkowej składki ubezpieczeń
zdrowotnych z 10 na 7,5%, zrodził ewidentny, i trudny do przezwyciężenia,
deficyt w nowym systemie.
"Bez decyzji politycznych
(parlamentu, rządu), które zwiększą nakłady na ochronę zdrowia w Polsce,
nie da się utrzymać usług zdrowotnych na dotychczasowym poziomie, podobnie
nie da się utrzymać dotychczasowej infrastruktury. Są pewne granice oszczędności,
wypracowywania rezerw. Myślę, że obecnie wszystkie rezerwy zostały już
wyczerpane" - Tak zreasumował aktualne status quo w systemie ochrony zdrowotnej,
Pan Przewodniczący A. Struzik.
Dewastujący skutek dla dochodów
Kas Chorych miał też fakt poważnej różnicy pomiędzy założonym a faktycznym
poziomem ściągalności składek. Powszechnie znane kłopoty ZUS-u związane
z identyfikacją ubezpieczonych i niespójnością systemu informatycznego
też zrobiły swoje. Otóż bywało, że system informatyczny ZUS "pomnożył"
liczbę obywateli naszego kraju o 200 tys. ( sic!), innym razem znacznie
ich "przetrzebił". W efekcie deficyt Kas Chorych w ub. roku osiągnął 1
mld 230 mln PLN. Na rok bieżący założono bardziej realistyczną - jak się
wydaje - ściągalność składki - 95 % ; planowane jest zakończenie tego roku
przychodem na poziomie 21 mln 536 tys. zł.
Tym niemniej rok 2000 jest
kolejnym rokiem spadku nakładów na świadczenia zdrowotne na obywatela.
Bieżącą sytuację MKCh, Pan Przewodniczący A. Struzik opisuje w sposób,
który nie może nastrajać optymistycznie - "Znaleźliśmy się w dramatycznej
sytuacji, każde nasze posiedzenie jest próbą dzielenia biedy."
W opinii Dyrektora Mazowieckiej
Kasy Chorych - lek. med. Andrzeja Koronkiewicza, ostateczny bilans
ubiegłego roku, i wynikająca z niego ocena problemu zadłużenia szpitali
klinicznych, będzie możliwa dopiero w końcu lutego b.r. Pan Dyrektor zapowiedział
też pewne modyfikacje w planie finansowym na 2000 r.; z rezerw finansowych,
które wyłoniły się po modyfikacji założonego poziomu ściągalności tegorocznych
składek, jak się wyraził ... ( - ) chcielibyśmy dosypać nieco pieniążków
do systemu z przeznaczeniem na dowartościowanie usług wysokospecjalistycznych
i hospitalizacje."
Do kwestii prywatyzacji
szpitali klinicznych dość szczegółowo odniósł się Podsekretarz Stanu w
Ministerstwie Zdrowia dr Andrzej Ryś. Wypowiedź Pana Ministra nie
sprecyzowała - do końca - zamierzeń MZ w tym zakresie, chociaż można było
odnieść wrażenie, że są pewne plany zmierzające do prywatyzacji szpitali.
" Czy na poziomie szpitali klinicznych powinna następować prywatyzacja
- to jest pytanie szerszej natury; jest to pytanie o ustrój, jaki tworzymy
w naszym kraju. Proces prywatyzacji - w pewnym zakresie - już się zaczął,
dotyczy to niektórych usług szpitali, np.: apteki, laboratoria itd. ( -
) Do innych, pozytywnych zjawisk zaliczyć można dostrzegalną już w niektórych
szpitalach racjonalizację wydatków, a także modyfikacje w organizacji obsługi
technicznej szpitali."
Zamykający Konferencję profesor
M. Szostek, wyraził satysfakcję z faktu, iż strony biorące w nim udział
miały możność wyartykułowania swoich racji, argumentów, a także najzwyczajniej
- swoich emocji, które tak obficie budzi w nas wszystkich reforma opieki
zdrowotnej. Dotyczy ona przecież nas wszystkich i z pewnością " ... (-)
jej rezultaty zależą od współdziałania wszystkich trzech grup: organizatorów,
realizujących (służba zdrowia) i beneficjentów, czyli społeczeństwa." (prof.
J. Nauman).
Rektor Janusz Piekarczyk gości byłych Rektorów Akademii Medycznej
mgr Mariusz Foryś
Noworoczne spotkania rektorów
stołecznej AM stały się - tradycyjnym już - wyrazem rewerencji aktualnie
urzędującego Rektora Akademii wobec swoich poprzedników, na tym stanowisku.
Są też znakomitą okazją do podzielenia się z Nimi wszystkim tym, co dzisiaj
nurtuje społeczność i władze akademickie.
W tym roku, szacowne grono
byłych Rektorów reprezentowali: Prof. dr hab. Szczęsny Leszek Zgliczyński,
Prof. dr hab. Jerzy Szczerbań, Prof. dr hab. Jan Nielubowicz, Prof. dr
hab. Tadeusz Tołłoczko, i Prof. dr hab. Andrzej Górski. Sprawującemu obecną
kadencję - JM Rektorowi Prof. dr hab. Januszowi Piekarczykowi, towarzyszyli
Prorektorzy: Prof. dr hab. Mieczysław Szostek, Prof. dr hab. Andrzej Członkowski,
Prof. dr hab. Leszek Pączek, Prof. dr hab. Józef Sawicki, oraz dyrektor
administracyjny AM Mgr inż. Jacek Żbikowski.
W trakcie spotkania nie
zabrakło wspomnień z poprzednich kadencji rektorskich, które stanowią swoistą
cezurę czasową w życiu każdej uczelni. Szczególnie interesujące były reminiscencje
związane ze spotkaniami z absolwentami warszawskiej Akademii, które były
udziałem Panów Rektorów, podczas podróży naukowych, w różnych stronach
naszego globu.
Duże zainteresowanie byłych
Rektorów budziły kwestie bieżących i planowanych inwestycji Akademii.
Tegoroczne spotkanie było
już ostatnim w rektoracie, w budynku przy ulicy Filtrowej, kolejne będą
miały miejsce w nowopowstałym obiekcie przy ulicy Trojdena, do którego
to zaczniemy się przeprowadzać w najbliższych miesiącach. Pamiątkowe zdjęcia
zakończyły to, przebiegające w bardzo serdecznym klimacie, doroczne spotkanie.
W tamto styczniowe popołudnie,
po raz ostatni dane nam było gościć Pana Profesora Jana Nielubowicza, zmarł
w niespełna miesiąc później.
Powrót do spisu treści
Drugi Światowy Kongres Bankowania Tkanek
Prof. dr hab. Janusz Komender - Zakład Transplantologii. Centralny Bank
Tkanek CB AM
Akademia Medyczna w Warszawie
wniosła do światowego życia naukowego kolejny wkład. W dniach od 7 do 10
października 1999 roku odbył się w Warszawie 2-gi światowy Kongres Bankowania
Tkanek, połączony z 8-mą Międzynarodową Konferencją EATB. O miejscu kongresu
zdecydowały zarządy trzech największych stowarzyszeń banków tkanek: Europejskiego
Towarzystwa Banków Tkanek (EATB), Amerykańskiego Towarzystwa Banków Tkanek
(AATB) i Towarzystwa Chirurgicznych Banków Tkanek Azji i Regionu Pacyfiku
(APASTB). Umiejscowienie kongresu w Warszawie było związane z uznaniem
znacznego, polskiego wkładu do rozwoju technik bankowania tkanek i wartościowych
badań w tym zakresie, a zwłaszcza dla podkreślenia,że w Warszawie konserwowaniem
tkanek do przeszczepień zajmujemy się już trzydzieści sześć lat.
W roku 1998 powołano Komitet
Organizacyjny pod przewodnictwem Profesora Janusza Komendera, Międzynarodowy
Komitet Doradczy pod przewodnictwem Profesora Rudigera von Versena z Berlina
oraz Komitet Naukowy pod przewodnictwem Profesor Anny Dziedzic-Gocławskiej.
W porozumieniu z międzynarodowymi towarzystwami ustalono, że organizatorami
Kongresu są Centralny Bank Tkanek przy Akademii Medycznej w Warszawie i
EATB. Rektorzy Akademii Medycznej, zarówno prof. dr Andrzej Górski jak
i prof. dr Janusz Piekarczyk poparli ideę Kongresu, a Dyrektor Administracji
mgr J.Żbikowski wsparł działalność Komitetu Organizacyjnego udziałem administracji
uczelni.
Komitet Organizacyjny zwrócił
się do Prezydenta R.P. z prośbą o objęcie protektoratem Kongresu. Pan Prezydent
Aleksander Kwaśniewski wyraził zgodę na udzielenie honorowego patronatu
Kongresowi i skierował do uczestników Kongresu pozdrowienia i życzenia
owocnych obrad.
W Komitecie Honorowym Kongresu
wzięli udział: Pani Franciszka Cegielska - Minister Zdrowia i Opieki Społecznej,
Doktor Hanna Kwiatkowska-Tulczyńska Przewodnicząca Rady Powiatu Warszawskiego,
Profesor Mirosław Mossakowski Prezes Polskiej Akademii Nauk, Profesor Jerzy
Niewodniczański Prezes Państwowej Agencji Atomistyki, Profesor Kazimierz
Ostrowski - twórca bankowania tkanek w Polsce i członek honorowy EATB,
Profesor Janusz Piekarczyk - Rektor Akademii Medycznej w Warszawie, Pan
Paweł Piskorski - Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy, Profesor Wojciech
Rowiński - Przewodniczący Krajowej Rady Transplantacyjnej, i Profesor Andrzej
Wiszniewski - Minister Nauki - Przewodniczący Komitetu Badań Naukowych.
Pierwszy dzień Kongresu
(otwarcie, dwie sesje plenarne i spotkanie towarzyskie) odbył się w Zamku
Królewskim. Pozostałe sesje Kongresu, w dniach 8, 9 i 10 października,
odbywały się w Hotelu Europejskim.
Kongres obradował pod dwoma
ogólnymi hasłami. Pierwsze z nich "W stronę Trzeciego Millenium" (Towards
the Third Millenium), ma oznaczać że ostatni w tym tysiącleciu kongres
bankowania tkanek uzwględnia rozwój technik biologii molekularnej i inżynierii
tkankowej, które stają się najważniejszymi wyzwaniami najbliższych lat.
Drugie hasło "Przeszczep w Walce z Kalectwem" (Allograft against Disability)
oznacza, że stale pamiętamy o potrzebach chorego człowieka, często wiemy
jak mu pomóc i staramy się tą pomoc rozwijać. Bankowanie tkanek jest bowiem
jedną z form zwalczania niesprawności.
W Kongresie wzięło udział
258 uczestników z 36 krajów. W czasie kongresu przedstawiono 16 wykładów
na zaproszenie i 196 prac oryginalnych. Obrady przeprowadzono w 17 sesjach
tematycznych, obejmujących prezentacje ustne lub plakatowe. Wiele uwagi
poświęcono aspektom prawnym i etycznym związanym z bankowaniem tkanek,
standaryzacji procedur, sterylizacji radiacyjnej przeszczepów, przygotowywaniu
nowych opatrunków biologicznych, zastosowaniu w operacjach odtwórczych
konserwowanych przeszczepów, namnażaniu komórek ludzkich in vitro do zastosowania
w leczeniu, konserwacji komórek rozrodczych i zarodków oraz interakcji
tkanek z biomateriałami.
Zwrócono uwagę na stale
wzrastające zapotrzebowanie na konserwowane alloprzeszczepy w ortopedii,
kardiochirurgii, okulistyce, laryngologii, leczeniu oparzeń i innych działach
chirurgii odtwórczej. Z kilku prezentacji wynika, że rozwój bankowania
tkanek w niektórych krajach Azji i regionu Pacyfiku jest bardzo żywy. Coraz
wyraźniej rysuje się możliwość zastosowania inżynierii narządowej, w zastępowaniu
u pacjentów niektórych narządów i tkanek. Często wykorzystuje się do celów
inżynierii tkankowej, żywe, konserwowane w zamrożeniu komórki własne pacjenta.
Przyszłość tego kierunku zależ0y od rozwoju badań nad regulacją wzrostu
i różnicowania komórek macierzystych (prekursorowych) człowieka, nad postępami
krioprezerwacji komórek i narządów oraz badań nad biomateriałami wszczepialnymi.
Kongres zgromadził szereg
wybitnych indywidualności, w zakresie bankowania i przeszczepiania tkanek,
z wielu krajów świata, którzy wzbogacili swoim udziałem Kongres. Należą
do nich: A.J.Aho z Turku zajmujący się konserwowaniem i przeszczepianiem
kości, H.Burchardt ze Scanton (PA) zajmujący się bankowaniem i przeszczepianiem
tkanek, J-C. Czyba z Lyonu, specjalista w zakresie medycyny rozrodu i konserwowania
komórek rozrodczych i zarodków (Dr H.C. A.M. w Warszawie), A.U.Daniels
z Memphis (Tennessee) specjalista w zakresie biomateriałów wszczepialnych,
N.Ehlers z Arhus wybitny okulista zainteresowany konserwacją i przeszczepianiem
rogówek, W.Grzesik z Chapel Hill (NC) zajmujący się biologią komórek zwłaszcza
układu szkieletowego, M.J.Joyce z Cleveland, prezydent AATB, R.J.Kagan
chirurg z Cincinnati (Ohio), zajmujący się przeszczepianiem skóry, M.Manyalich
z Barcelony ekspert w zakresie kriokonserwacji tkanek, H.Mohamad z Kota
Baru (Malezja) konserwacja tkanek, wiceprezydent APASTB, M.Salai z Jerozolimy
przeszczepianie kości i konserwowanie tkanek,& D.A.Taylor z Durham
(NC) ekspert w zakresie izolowania i namnżania komórek, W.Tomford z Bostonu
(Massachusetts) konserwacja i przeszczepianie kości, Y.Vajaradul
z Bangkoku inicjator bankowania tkanek w Azji, R.von Versen z Berlina zajmujący
się standardyzacją procedur bankowania tkanek, prezydent EATB, H.Winkler
z Wiednia zajmujący się przeszczepianiem kości operacjami plastycznymi
w obrębie stawów, Y.Yamauchi z Chapel Hill (NC), ekspert w
zakresie biologii kolagenu.
W Kongresie uczestniczyli
także, bardzo aktywnie, wybitni specjaliści z Polski: A.Dziadkowiak kardiochirurg
z Krakowa o ogromnym doświadczeniu w przeszczepianiu zastawek serca, A.Dziedzic-Gocławska
z Warszawy, ekspert IAEA w zakresie technik bankowania tkanek, A.Górecki
z Warszawy ortopeda, transplantacje kości, A.Lange z Wrocławia, przeszczepianie
szpiku, W.Marczyński z Warszawy, operacje rekonstrukcyjne w ortopedii,
przeszczepianie kości, K.Ostrowski z Warszawy, członek honorowy EATB, twórca
banków tkanek w Polsce, W.Stachowicz z Warszawy, ekspert w zakresie sterylizacji
radiacyjnej, J.Szaflik z Warszawy okulista, zajmujący się konserwacją i
przeszczepianiem rogówek, Z.Szamatowicz z Białegostoku zajmujący się biologią
rozrodu człowieka, J.Wałaszewski z Warszawy, chirurgia transplantacyjna,
twórca i szef POLTRANSPLANTU, Z.Zagórski okulista z Lublina zajmujący się
konserwacją i przeszczepianiem rogówek.
W dniu 9 października odbyła
się konferencja satelitarna Kongresu, w postaci dyskusji okrągłego stołu
na temat prawnych i społecznych aspektów medycyny rozrodu ("Ethical, Legal
and Social Aspects of Reproductive Medicine"). Dyskusji przewodniczy prof.
dr Z.Szamatowicz z Białegostoku, a uczestniczyli w niej wykładowcy zaproszeni
do prezentacji wykładów w czasie Kongresu: J.G.Schenker z Izraela, F.Shenfield
z Wielkiej Brytanii, G.Bengiano z Italii, J-C.Czyba z Francji oraz liczna
grupa uczestników kongresu a także dość liczna grupa parlamentarzystów.
Spotkanie to, trwające kilka godzin, znalazło znaczne zainteresowanie prasy,
radia i telewizji.
Po wysłuchaniu wszystkich
prezentacji i dyskusji Komitet Nagrody (Award Committee) pod przewodnictwem
A.Dziedzic-Gocławskiej z udziałem R.J.Kagana (USA) i R.von Versena (Niemcy)
postanowił wyróżnić, zgodnie z regulaminem EATB dwie prace. Wyróżnienia
otrzymały: Sylvia Ariotti* z Banku Skóry z Turynu (Italia) i Ester
M.Rendal** z Zakładu Kriobiologii w La Corunie (Hiszpania).
W trakcie Kongresu (10 października)
odbyło się posiedzenie przedstawicieli wydelegowanych przez towarzystwa
bankowania tkanek w celu utworzenia światowej federacji towarzystw bankowania
tkanek. W posiedzeniu udział wzięli: M.Joyce (USA), R.J.Kagan (USA), J.Komender
(Polska), H.Mohamad (Malezja), A.Nather (Singapor), M.Salai (Izrael),
Y.Vajaradul (Tailandia) i R. von Versen (Niemcy). Ustalono, że do końca
roku 1999 uczestnicy spotkania ustalą tekst porozumienia w sprawie utworzenia
światowej Federacji Towarzystw Bankowania Tkanek (World Federation of Tissue
Banks Associations - WFTBA).
Podano do wiadomości, że
następną 9-tą Międzynarodową Konferencję EATB w Oviedo - zorganizują koledzy
z Hiszpanii, w 2000 roku, 10-tą Międzynarodową Konferencję EATB odbędziemy
w Eliat - Izrael w 2001 roku i na 3-ci Kongres Bankowania Tkanek w San
Diego - USA w roku 2002 zapraszają koledzy z Amerykańskiego Towarzystwa
Banków Tkanek.
10 października zorganizowano
również kilka wycieczek (dookoła Warszawy, do Żelazowej Woli i do Krakowa).
Wsparcia finansowego udzielili:
Komitet Badań Naukowych, Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej,
Rada Powiatu Warszawy, Fundacja Bankowa im. Leopolda Kroneberga, "ORBIS"
S.A., PolCard - Polska, American Express, Poland, PKO B.P. - Dyrekcja Regionalna
w Warszawie, Akademia Medyczna w Warszawie, Fundacja A.M. w Warszawie,
Państwowy Zakład Ubezpieczeń i Dyrekcja Zamku Królewskiego w Warszawie.
W czasie Kongresu można było obejrzeć wystawy następujących firm: Alab
Sp., Biogenet, Bristol-Myers Squibb, Zimmer Division, CRYO-Tech International,
MVE-Cryogenic Inc. USA, Planer Ltd. UK, Inter-Medic Sp., Kendro Sp., Krolman
Eye and Tissue Bank Instruments - USA, Kluwer Academic Publishers - Holandia,
Preoptic Co. Medical and Optical Instruments - Poland, Rhone-Poulenc Rorer
Sp. Poland, Tissue Bank International - USA, World Courier GmbH, RFN, World
Scientific Publishing Co.Pte.Ltd, Singapore.
Informacje o Kongresie i
problematyce bankowania tkanek zostały opublikowane przez: Gazetę Wyborczą,
Rzeczpospolitą, Naukę i Przyszłość, Telewizję Polską S.A., Telewizją POLSAT
S.A. i Polskie Radio Program I.
W czasie trwania Kongresu,
na skutek inicjatywy Komitetu Organizacyjnego, Polski Czerwony Krzyż zorganizował
zbiórkę pieniędzy na pomoc dla poszkodowanych przez trzęsienie ziemi w
Turcji.
Organizatorzy Kongresu składają
gorące podziękowania wszystkim firmom, osobom i sponsorom, które przyczyniły
się do właściwego przebiegu Kongresu i ułatwiły działalność Komitetu Organizacyjnego.
Specjalne podziękowania kierujemy na ręce J.M. Rektora Prof. dr J.Piekarczyka
za pomoc Uczelni w zorganizowaniu Kongresu.
Powrót do spisu treści
KONGRES NAUKOWY MŁODYCH MEDYKÓW
Krystian Pawelec - Studenckie Towarzystwo Naukowe
Szanowne Koleżanki i Koledzy!
W imieniu Komitetu Organizacyjnego Kongresu Naukowego Młodych Medyków chcielibyśmy serdecznie zaprosić studentów i młodych lekarzy na
Zgodnie z tradycją naszego Kongresu dążymy do tego aby również i w tym roku był on okazją do prezentacji wyników badań i analiz klinicznych oraz nawiązania nowych przyjaźni między kolegami z różnych uczelni medycznych. Jednocześnie chcielibyśmy aby kongres w roku 2001 był międzynarodowym kongresem na którym moglibyśmy wymienić doświadczenia z kolegami z innych krajów. Wychodząc naprzeciw tym trendom postanowiliśmy stworzyć sesję anglojęzyczną, w której studenci mogliby prezentować prace z różnych dziedzin w języku angielskim, jako zapowiedź międzynarodowego Kongresu. Uczestnictwo w tej sesji nie wyklucza prezentowania prac w pozostałych sesjach.
Termin zgłaszania prac upływa 29 lutego 2000
Nagrody
Przewidujemy nagrodę JM Rektora, nagrodę Ministra Zdrowia, nagrody
i wyróżnienia dla najlepszych prac w sesji.
Ramowy program kongresu:
Nauki Podstawowe: Biochemia i chemia medyczna, Biologia komórki,
Farmakologia, Anatomia i fizjologia.
Nauki Kliniczne: Chirurgia i ortopedia, Choroby wewnętrzne,
Ginekologia i położnictwo, Kardiologia i kardiochirurgia, Neurologia i
Psychiatria, Onkologia i hematologia, Pediatria, Stomatologia, Wolny temat
oraz Sesja Anglojęzyczna.
Prezentacja
Czas prezentacji ustnej 7 minut i 3 minuty na dyskusję, format plakatu:
100 x 70 cm. Podczas prezentacji umożliwiamy korzystanie z rzutników przeźroczy,
rzutników folii.
Studenckie Towarzystwo Naukowe
Akademii Medycznej w Warszawie
ul. Oczki 5, pok.303,
02-007 Warszawa
tel./fax: 622-63-58
lub tel./fax: 0-501 72-44-22
e-mail: stn@poczta.wp.pl
Powrót do spisu treści
Spotkania członków Konferencji Rektorów Uczelni Medycznych z parlamentarzystami
mgr Mariusz Foryś
Serię spotkań członków KRUM
z przedstawicielami władz parlamentarnych RP, zapoczątkowała wizyta w siedzibie
Naczelnego Komitetu Wykonawczego Polskiego Stronnictwa Ludowego, reprezentowanego
przez Prezesa Jarosława Kalinowskiego wraz z towarzyszącymi mu senatorami
Adamem Struzikiem i Marianem Cichoszem.
Przedstawiciele PSL uznali
za uzasadnione działania KRUM, zmierzające do integracji wyższych uczelni
medycznych ze szpitalami klinicznymi, stanowiącymi ich bazę naukową i dydaktyczną,
a także domenę działalności diagnostyczno-leczniczej dla kadry naukowej
akademii medycznych.
Prezydium PSL i senatorowie
Stronnictwa złożyli deklarację aktywnego zaangażowania się w przygotowanie
projektu nowelizacji ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, w części dotyczącej
szpitali klinicznych, oraz współdziałanie z innymi klubami parlamentarnymi
w procesie legislacyjnym.
Przedstawiciele Klubów Parlamentarnych
Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Wolności wyrazili generalny pogląd,
iż uczelnie medyczne winny być podporządkowane Ministrowi Zdrowia. Uczestniczący
w spotkaniach posłowie uznali za wysoce uzasadniony, niepokój rektorów
uczelni medycznych, wobec - dotyczących uczelni - bieżących kierunków w
polityce Resortu Zdrowia.
Zwrócono uwagę na fakt,
że zgodnie z nowelizacją ustawy o zakładach opieki zdrowotnej (z 10-ego
grudnia 1998 r.), Minister Zdrowia ma obowiązek natychmiastowego -
i bez żadnych warunków - przekazania szpitali klinicznych rektorom Akademii
Medycznych, na ich wniosek. Pomimo złożenia takich wniosków, do przekazania
szpitali Akademiom nie doszło.
Zgromadzeni rektorzy jednogłośnie potwierdzili wrażenie braku woli
porozumienia ze strony Ministerstwa Zdrowia, w kwestiach poruszanych problemów
dotyczących podporządkowania szpitali klinicznych.
Klub Parlamentarny SLD reprezentowany
był przez: Przewodniczącego - Leszka Millera, oraz posłów - Władysława
Szkopa i Alfreda Owoca.
Ze strony Unii Wolności
obecni byli: Przewodniczący Jerzy Wierchowicz, posłowie - Tadeusz Zieliński,
Irena Lipowicz i Włodzimierz Puzyna.
Przewodniczący L. Miller,
w będącym następstwem powyższego spotkania, liście do Prezesa Rady Ministrów
- Jerzego Buzka, zwrócił uwagę, że "( - ) ostatnie działania Resortu Zdrowia
wskazują na świadome dążenia mające na celu doprowadzenie do upadku szpitali
klinicznych i oddanie za bezcen w prywatne ręce - wielomilionowego, wypracowanego
przez wiele lat, dorobku narodowego. W efekcie końcowym, może prowadzić
to do poważnego kryzysu szkolnictwa medycznego i regresu nauk medycznych
w Polsce."
Niejako epilog kontaktów
Konferencji Rektorów Uczelni Medycznych z polskimi parlamentarzystami,
stanowiło spotkanie z Marszałkiem Sejmu RP Jerzym Płażyńskim. Rektorzy
poinformowali Pana Marszałka, iż w kwestii statusu i kompetencji szpitali
klinicznych, stanowisko KRUM jest zgodne ze stanowiskiem PAN, KBM, jak
również - władz uczelni niemedycznych.
Szkoły medyczne muszą mieć
swoją bazę, taką jak ma każda inna szkoła wyższa: politechnika, uniwersytet,
akademia rolnicza, etc. Taką bazą - diagnostyczną, dydaktyczną i naukową
jest dla uczelni medycznej szpital. Jednak szpitale kliniczne nie mogą
być w pełni, w sensie odpowiedzialności finansowej, przejęte przez
uczelnie; Ministerstwo - jako przedstawiciel Państwa - musi dzierżyć część
tej odpowiedzialności.
Jak zauważył Rektor AM w
Warszawie, Prof. dr hab. Janusz Piekarczyk - "Nieodłączna od realizowanej
reformy systemu opieki zdrowotnej - ekonomizacja, jest przecież środkiem,
nie może być celem; celem powinno być utrzymanie opieki zdrowotnej przynajmniej
na dotychczasowym poziomie. Jeżeli reforma skutkuje pogorszeniem, co jest
faktem - ogólnie znana jest niska ocena społeczna jej dotychczasowych efektów,
konieczne wydaje się poszukiwanie nowych rozwiązań. Jednak z udziałem tych,
którym przychodzi tę reformę realizować. Celem tego i temu podobnych spotkań
jest w moim odczuciu - wyartykułowanie prośby o umożliwienie Akademiom
Medycznym i ich środowiskom naukowym, uczestnictwa w przemianach, które
się dokonują."
Przewodniczący KRUM - Prof.
dr hab. Zbigniew Puchalski przedstawił propozycję Konferencji Rektorów
dotyczącą nowelizacji Ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, w części dotyczącej
szpitali klinicznych (tekst załączamy poniżej), opracowanej przez Prof.
dr hab. Macieja Latalskiego i zespół radców prawnych AM w Lublinie.
Obecni na spotkaniu Rektorzy zwrócili się do Pana Marszałka z prośbą o
możliwie szybkie uruchomienie procedury legislacyjnej, postulując umożliwienie
przedstawicielom KRUM uczestnictwa w pracach Sejmowej Komisji Zdrowia.
Ze swojej strony, Pan Marszałek
Płażyński wyraził satysfakcję z faktu odbycia się takiego spotkania, które
było dla niego okazją do zapoznania się z poglądem władz polskich uczelni
medycznych, a przy tym autorytetów w wielu specjalnościach medycznych,
na trudne problemy towarzyszące wprowadzanej reformie. Do przedłużonych
informacji i postulatów odniósł się ze zrozumieniem, zastrzegając iż omawiane
kwestie będzie poruszał na swoim najbliższym spotkaniu z Ministrem Zdrowia.
Stwierdził także, że proces legislacyjny, związany z proponowaną nowelizacją,
rozpocząć się może po przedłożeniu projektu poselskiego.
Za szczególnie ważne uznał
systematyczne dostarczanie gremiom parlamentarnym - z różnych opcji
politycznych - bezpośredniej i możliwie pełnej wiedzy o nurtującym akademickie
środowisko medyczne uzasadnionym niepokoju, wynikającym z zagrożeń
dla dalszej egzystencji szkolnictwa medycznego i wysokospecjalistycznej
opieki zdrowotnej w Polsce.
W spotkaniu z Marszałkiem Sejmu RP, ze strony KRUM uczestniczyli:
Pierwszy etap wyborów do zespołów KBN
Zespoły komisji Komitetu
Badań Naukowych obecnej, trzeciej kadencji Komitetu ukonstytułowały się
20 maja 1997 roku na podstawie ustawy z 12 stycznia 1991 roku o utworzeniu
KBN. Trzyletnia kadencja członków tych zespołów zakończy się 19 maja bieżącego
roku.
Wybory do zespołów komisji
KBN czwartej kadencji odbywają się w dwóch etapach drogą korespondencyjną.
W pierwszym, zakończonym właśnie etapie, środowisko naukowe zgłaszało kandydatów.
W drugim etapie spośród kandydatów, którzy uzyskali największe liczby zgłoszeń
zostaną wybrani członkowie zespołów.
Karty zgłoszeń kandydatów
wysłano do około 54 tys. Osób mających czynne prawo wyborcze. Wypełnione
karty odesłało 25 677 osób. Prezentujemy listy kandydatów do następujących
zespołów:
Lista kandydatów do zespołu: P-4
Zespół Nauk Biologicznych, Nauk o Ziemi i Ochrony Środowiska
1. prof. dr hab. Roman Andrzejewski
2. prof. dr hab. Eliza Dąbrowska-Prot
3. prof. dr hab. Jerzy Aleksy Długoński
4. prof. dr hab. Czesław Druet
5. prof. dr hab. Jerzy Fedorowski
6. prof. dr hab. Aleksander Guterch
7. prof. dr hab. Jacek Adam Jania
8. prof. dr hab. Krzysztof Jażdżewski
9. prof. dr hab. Andrzej Kostrzewski
10. prof. dr hab. Ewa Symonides
11. prof. dr hab. Andrzej Krzysztof Tarkowski
12. prof. dr hab. January Weiner
13. prof. dr hab. Grzegorz Władysław Węgrzyn
14. prof. dr hab. Waldemar Żukowski
15. prof. dr hab. Maciej Żylicz
Lista kandydatów do zespołu: P-5
Zespół Nauk Medycznych
1. prof. dr hab. Med. Eugeniusz Butruk
2. prof. dr hab. Zbigniew Kazimierz Drozdowski
3. prof. dr hab. Antoni Gabryelewicz
4. prof. dr hab. Jerzy Grossman
5. prof. dr hab. Jerzy Jankowski
6. prof. dr hab. med. Marcin Kamiński
7. prof. dr hab. med. Józef Małolepszy
8. prof. dr hab. med. Tadeusz Jerzy Mazurczak
9. prof. dr hab. med. Marek Pawlikowski
10. prof. dr hab. Tadeusz Popiela
11. prof. dr hab. med. Czesław Radzikowski
12. prof. dr hab. Alfred Zejc
13. prof. dr hab. Tadeusz Tołłoczko
14. prof. dr hab. med. Tomasz Trojanowski
15. prof. dr hab. Krzysztof Włodzimierz Zieliński
Lista kandydatów do zespołu: T-9
Zespół Chemii, Technologii Chemiczne oraz Inżynierii Procesowej i Ochrony
Środowiska
1. prof. dr hab. Osman Achmatowicz
2. prof. dr hab. inż. Bronisław Tomasz Buczek
3. prof. dr hab. Zbigniew Jerzy Galus
4. prof. dr hab. Henryk Górecki
5. prof. dr hab. Henryk Koroniak
6. prof. dr hab. inż. Zdzisław Małecki
7. prof. dr hab. Tadeusz Paryjczak
8. prof. dr hab. Stanisław Płaza
9. prof. dr hab. inż. Zbigniew Siwoń
10. prof. dr hab. inż. Henryk Słota
11. prof. dr hab. Piotr Sobota
12. prof. dr hab. Henryk Struszczyk
13. prof. dr hab. Jerzy Wasilewski
14. prof. dr hab. Stanisław Karol Wroński
15. prof. dr hab. inż. Jerzy Zwoździak
(Źródło: Komunikat Komisji Wyborczej KBN z 14.01.2000 r. - M.K.)
Powrót do spisu treści
Dr med. Tadeusz Kocon
Dnia 27 stycznia 2000 r.
w Głównej Bibliotece Lekarskiej odbyła się promocja książki profesora Edwarda
Rużyłło pod tytułem "Etyka i Medycyna".
Książka ta jest zbiorem
referatów wygłoszonych z okazji różnych zebrań i posiedzeń naukowych, zawiera
przemyślenia oparte o bogate doświadczenie życiowe autora. Jest godna przeczytania
przez lekarzy doświadczonych i mających już pewną pozycję w społeczności
lekarskiej, jak i młodszych, dopiero wchodzących do pracy zawodowej i przez
studentów medycyny, a także dla działaczy i praktyków filozofii i etyki.
Obecni na spotkaniu goście
mówili o tym, że książka jest trudna do czytania, wymaga zastanowień i
przemyśleń.
Powrót do spisu treści
NAGRODY PREZESA RADY MINISTRÓW
Mgr Mirosława Kurpeta
Wśród laureatów nagród Premiera
za rozprawy doktorskie i habilitacyjne oraz działalność naukowo-techniczną
za 1998 rok wyróżnionych w 1999 roku znalazły się 4 prace wykonane w naszej
Uczelni. Rozprawa habilitacyjna dr med. Piotra Pruszczyka na temat "echokardiografia
przezprzełykowa w diagnostyce istotnej hemodynamicznie zatorowości płucnej"
znalazła się pośród 10 nagrodzonych rozpraw z całej Polski.
Wśród 25 nagrodzonych prac
doktorskich - 3 obroniono na naszej Uczelni. Z przyjemnością przedstawiamy
2 spośród wyróżnionych.
Doktorat Wojciecha Feleszko
był zwieńczeniem 4-letnich badań nad aktywnością przeciwnowotworową lowastatyny
w modelach in vitro oraz w modelach zwierzęcych nowotworów doświadczalnych
Promotorem pracy był prof. dr. Hab. Marek Jakóbisiak, kierownik Zakładu
Immunologii Instytutu Biostruktury.
Doświadczenia in vitro wykazały,
że lowastatyna wzmaga bezpośrednią aktywność cytostatyczno/cytotoksyczną
cisplatyny oraz doksorubicyny wobec komórek nowotworowych. Eksperymenty
in vivo wykazały efekt analogiczny do efektu obserwowanego in vitro. Zastosowanie
lowastatyny w kombinacji z cisplatyną spowodowało spowolnienie wzrostu
nowotworu w porównaniu do nowotworów u myszy leczonych każdym z leków osobno,
co miało także skutek w postaci przedłużenia czasu przeżycia myszy. Pozwoliło
to na obniżenie dawki leczniczej każdego ze stosowanych leków oraz uniknięcie
toksyczności terapii przy zachowaniu skutku terapeutycznego. Podobny wynik
otrzymano w połączeniu lowastatyny z doksorubicyną in vivo. Lowaststyna
synergistycznie wzmagała aktywność przeciwnowotworową czynnika martwicy
nowotworu oraz kombinacji interferonu z TNF.
Badania dr W.Feleszko mimo
że przeprowadzone na modelach zwierzęcych mają istotne implikacje praktyczne.
Pacjenci przyjmujący przewlekle statyny ze wskazań kardiologicznych w przypadku
konieczności podjęcia chemioterapii nowotworu, mogą uzyskać lepszy efekt
leczniczy. Być może pozwoliłoby to także na obniżenie dawki stosowanego
chemioterapeutyku i zmniejszenie skutków ubocznych chemioterapii.
Obecnie dr Ferleszko pracuje
w Klinice Pneumonologii, Chorób Alergicznych i Hematologii I Katedry Pediatrii,
gdzie specjalizuje się w immunologii wieku rozwojowego i pediatrii, a także
podejmuje wątki badawcze związane z funkcją cytokin typu Th1 i Th2 u dzieci
z chorobami alergicznymi i dzieci w trakcie infekcji.
Jest żonaty, ma rocznego
synka. Jego pasją jest gra w hokeja na lodzie (ostatnio zaniedbana z powodu
dziecka) i jazda na nartach. Czytuje współczesną prozę polską.
Dr n. med. Radosław Zagożdżon
ma 29 lat, ukończył Akademię Medyczną w Warszawie w 1996 roku. Już na studiach
uczestniczył w działalności Koła Naukowego przy Zakładzie Immunologii Instytutu
Biostruktury AM, pod kierownictwem prof. Marka Jakóbisiaka, prowadząc własne
wątki badawcze. Po ukończeniu studiów podjął pracę w Klinice Immunoterapii
i Chorób Wewnętrznych Instytutu Transplantologii, gdzie pod kierownictwem
prof. Leszka Pączka zajmuje się pacjentami po przeszczepach narządowych
oraz diagnostyką i leczeniem zaburzeń odporności. Obronił pracę doktorską
"Zwiększenie efektu przeciwnowotworowego interleukiny-12 u myszy przez
jej zastosowanie w połączeniu z chemioterapią i innymi cytokinami", której
promotorem był prof. dr hab. n. med. Marek Jakóbisiak. Otrzymał tytuł doktora
nauk medycznych z wyróżnieniem. Wyniki badań, które znalazły się w doktoracie
zostały opublikowane w czterech artykułach w pismach objętych Current Contents.
Część z nich była również tematem ustnego wystąpienia dr Zagożdżona na
prestiżowym 17th International Cancer Congress w Rio de Janeiro w Brazylii.
W 1998 roku dr Zagożdżon był laureatem krajowego stypendium Fundacji na
Rzecz Nauki Polskiej, .
Obecnie dr Zagożdżon jest
adiunktem i oprócz pracy w Instytucie Transplantologii kontynuuje prace
badawcze w Zakładzie Immunologii. Jest autorem i współautorem ponad 30
publikacji (również w takich pismach jak Blood i Journal of the National
Cancer Institute) oraz III wydania Immunologii pod red. prof. M. Jakóbisiaka.
Powrót do spisu treści
W dniach 28.11.-03.12.1999
r. przebywałem we Freiburgu (Bryzgowijskim, bo jak się okazało poza tym
są jeszcze dwa) z wizytą studyjną w tamtejszej Komisji Bioetycznej. Wizyta
została zorganizowana przez Radę Europy.
W Niemczech, podobnie jak
w Polsce, sprawy etycznej oceny badań na ludziach i zwierzętach są rozdzielone.
Eksperymentami na człowieku zajmują się różnie zorganizowane Komisje Bioetyczne.
Podobnie jak w naszym kraju istnieje podwójny system komisji akademickich
i związanych z samorządem lekarskim. We Freiburgu utworzono ZERM - Centrum
Etyki i Prawa w Medycynie. W jego skład wchodzi Instytut Historii Medycyny
kierowany przez prof. Trohlera, Komisja Etyczna (prof. Just), Oddział prawa
Instytutu Maxa Plancka (prof. Eser) oraz Instytut Medycyny Sądowej
(prof. Pollak). W siedzibie ZERM znajduje się bogata biblioteka poświęcona
szerokiej gamie zagadnień bioetycznych. Centrum organizuje ćwiczenia i
wykłady w zakresie bioetyki dla studentów (nie tylko medycyny), często
z udziałem gości zagranicznych. Dzięki temu, że wydział medyczny stanowi
część Uniwersytetu, praca Centrum ma wymiar bardziej uniwersalny
i humanistyczny.
Komisja rozpatruje kilkaset
projektów badawczych rocznie. System jest o tyle szczelny, że praktycznie
brak jest prac retrospektywnych, a wszystkie projekty badawcze wymagają
wsparcia finansowego (granty, sponsorzy), co z kolei wymusza uzyskanie
formalnej zgody na badania. Komisja dużą uwagę przywiązuje także do oceny
merytorycznej projektu. Dlatego powołuje się często zewnętrznych recenzentów
w przypadkach spornych. Przy braku jednogłośnej decyzji odbywa się głosowanie.
W pracach komisji bierze udział statystyk, (jego prezentacje powodują wiele
burzliwych dyskusji w trakcie posiedzeń komisji). W składzie komisji znajduje
się także prawnik specjalizujący się w prawie medycznym. Dużą uwagę przywiązuje
się do procedury uzyskania świadomej zgody oraz ochrony danych osobowych.
Dużą część wniosków członkowie
analizują poza posiedzeniami i przy braku zastrzeżeń projekt jest akceptowany
bez formalnej prezentacji. Tak więc w bezpośrednim ogniu dyskusji znajduje
się tylko część złożonych wniosków.
Muszę podkreślić, że pomijając
materialne podstawy działania ZERM i samej komisji bioetycznej, to od strony
proceduralnej, prawnej i fachowej działania komisji bioetycznych w AM w
Warszawie są na bardzo zbliżonym, wysokim poziomie.
W nawiązaniu kontaktów i
organizacji wyjazdu nieocenionej pomocy udzielił mi prof. Aleksander Dubrzyński,
przewodniczący Senackiej Komisji Bioetycznej, któremu pragnę w tym miejscu
złożyć serdeczne podziękowania.
Powrót do spisu treści
WSPOMNIENIA WOJENNE - KAMPANIA WRZEŚNIOWA
Mam 75 lat i przeżywałem
trzy wojny. W ostatniej z nich brałem udział dwukrotnie: jako chirurg Podlaskiej
Brygady Kawalerii we wrześniu 1939 r. I jako chirurg szczękowy I Armii
Wojska Polskiego w latach 1944 i 1945. Zaczynałem karierę wojskową jako
ostrzyżony do skóry szeregowiec z cenzusem w Szkole Podchorążych Sanitarnych
Rezerwy w 1932 r., a ukończyłem ją w 1952 r. Jako podpułkownik, główny
specjalista wojskowy w mojej gałęzi medycyny. W pamiętnym Wrześniu służyłem
w plutonie sanitarnym konnym Podlaskiej Brygady jako jeden z dwóch chirurgów,
obok por. Pertyńskiego (późniejszego prof. ginekologii WAM w Łodzi). Mieliśmy
więc zaszczyt służyć w jednostce, która prowadziła zaczepne walki w Prusach
Wschodnich.
Przeżywałem gorycz klęski
wrześniowej i poniżające chwile w krótkiej na szczęście niewoli niemieckiej
w Białymstoku.
Dyplom lekarza otrzymałem
w 1931 r. W Uniwersytecie Warszawskim. Pracę w I Klinice Chirurgicznej
UW przerwałem na roczną , obowiązkową służbę wojskową. W sierpniu 1932
r. wcielony zostałem do Szkoły Podchorążych Sanitarnych Rezerwy, początkowo
do I kompanii, później przeniesiony zostałem do II kompanii. Stąd też znam
dobrze żywot podchorążego, służąc pod st. sierżantem Gierosem i pod legendarnym
już chorążym Dzierżyńskim.
Po zakończeniu kursu w Szkole
Podchorążych przydzieleni zostaliśmy do poszczególnych pułków w stopniu
kaprala podchorążego. Otrzymałem przydział do 18 p.p. (Skierniewice).
Już w rok po powrocie do życia cywilnego zostałem powołany na ćwiczenia
do 27 p.p. (Częstochowa), a w 1936 r. wypadły mi ponowne ćwiczenia. Na
ostatnie przed wybuchem wojny ćwiczenia powołano mnie do 77 p.p. w Lidzie
(1938 r.). Częste okresy służby wojskowej miały ten skutek, że referat
na posiedzeniu Warszawskiego Towarzystwa lekarskiego na temat mej pracy
doktorskiej wygłosiłem w mundurze, zwolniwszy się na krótko z pułku. Dało
to asumpt jednemu z dyskutantów do stwierdzenia, że nigdy dotąd kapral
nie wygłosił tak uczonego referatu. Nie było wówczas publicznej obrony
rozprawy doktorskiej, lecz dyskusja na posiedzeniu towarzystwa naukowego.
W pracy podchorążego lekarza
w garnizonie najuciążliwsze było budzenie się przed świtem do komisyjnego
badania mięsa. Rola lekarza nie sprowadzała się wyłącznie do oceny sanitarnej;
oceniało się również kaloryczność produktu. Prywatna dostawca przywoził
codziennie kilka ćwierci wołowych z wyliczeniem do 0,250 kg mięsa
(z kośćmi) na konsumenta zaprowiantowanego na kotle. Po zważeniu mięsa
ładowano do kotła, a oficer inspekcyjny pułku kotły plombował (!). Po kilku
godzinach plomby usuwano komisyjnie, mięso "trybowano", tj. oddzielano
kości, ścięgna, żyły itd. Czystego mięsa (sztukamięs) powinno wypaść 125g
na żołnierza, brak zaś uzupełniano kiełbasą na koszt zakontraktowanego
dostawcy, który przy podpisaniu umowy składał na ten cel kaucję.
W czasie stażu w 18 p.p.
w Skierniewicach przydzielony zostałem do Obozu Ćwiczebnego w Raduczu na
czas koncentracji wojsk łączności DOK IV. Oprócz plutonów łączności, kompanii
telegraficznych, Szkoły Podchorążych Łączności itd. Był też oddział psów
meldunkowych, w których tresurze przyglądałem się z podziwem. W czasie
ćwiczeń w 27 p.p. w Częstochowie odkomenderowano mnie na manewry,
inspekcjowane przez gen. Śmigłego-Rydza (1934 r.). Widziałem, jak w wolnym
czasie generał wydobywał samochodu paletę, sztalugi i malował ruiny zamku.
Zauważyłem jednak i inny szczegół. Otóż podczas dywizyjnych zawodów w strzelaniu
z cekaemów podchorążowie lekarze wszystkich pułków dywizji pozostawali
w bliskości stanowisk strzeleckich jako pogotowie, z uwagi na częste wypadki
podczas strzelania. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że będące wówczas na wyposażeniu
cekaemy pochodziły z czasów I wojny światowej, a nawet z jeszcze wcześniejszego
okresu, o czym świadczyły niemieckie plakietki fabryczne z podaniem roku
budowy i fabryki (najczęściej Spandau).
Jak wspomniałem, ostatnie
ćwiczenia rezerwy wypadły mi w Lidzie. Już rok wcześniej przesunięty zostałem
do DOK III (Grodno); był to mój przydział wojenny.
W nocy z 24 na 25 sierpnia
1939 r. zostałem nagle obudzony niecierpliwymi dzwonkami i dobijaniem do
drzwi mojego mieszkania w Warszawie (ul. Złota 36). Dobijał się pomocnik
dozorcy domu, w którym kiedyś mieszkałem, a który znał mój obecny
adres. Wręczył mi wezwanie wojskowe, dodając: "Panie, prędko, ja mam taką
samą "powiestkę" i też jadę do pułku". "Powiestką" był zadrukowany arkusik,
w którym ręcznie dopisane było moje nazwisko, adres i miejsce stawiennictwa.
Treść była groźna: "Stawić się natychmiast, bez względu na porę dnia i
nocy, każdym środkiem transportu, w 10 pułku ułanów, Białystok. Należy
zabrać łyżkę i żywność na 3 dni."
Łyżki nie zabrałem, natomiast
moja matka, płacząc, wydobyła z kufra mój wyjściowy mundur podporucznika.
"Jedziesz na wojnę" łkała. "Nie, mamusiu, to tylko ćwiczenia, wojny nie
będzie" - pocieszałem matkę. Zaczęło się długie dzwonienie do centrali
telefonicznej o podanie godziny odjazdu najbliższego pociągu do Białegostoku.
Roztrzęsiona telefonistka rozpłakała się do słuchawki: "Wszyscy dopytują
się o pociągi, a ja przecież nie mam rozkładu jazdy". W końcu jednak spakowałem
się, pożegnałem z matką i w wyjściowym mundurze, z walizką w ręku, pojechałem
konną dorożką na wojnę.
Pociąg do Białegostoku pełen
był po brzegi rezerwistów, powołanych pod broń. Niektórzy mieli na głowach
własne rogatywki, a wszyscy drewniane kuferki z rzeczami osobistymi, żywnością
i zapewne łyżką. Nastrój był dobry, ale nie wzniosły. Słyszało się nawet
sprośne anegdoty, bez wątpienia uwłaczające głowie sąsiedniego państwa.
W kancelarii 10 pułku ułanów
sierżant szef odebrał moje wezwanie, kartę mobilizacyjną i popatrzył do
swoich papierów. "Pan porucznik nie będzie u nas służył, tylko w plutonie
sanitarnym konnym brygady. Myśmy pana tylko zmobilizowali. Pluton ten nie
istnieje w czasie pokoju, teraz dopiero formuje się we wsi Ignatki, niedaleko
stąd. Niedługo pójdą tam nasze podwody, proszę się zabrać".
Pod rozgwieżdżonym niebem
przespałem się na podwodzie, którą przyjechałem do Ignatek. Z rana zameldowałem
się u dowódcy plutonu, którym był kpt. Narkiewicz, zawodowy oficer. Na
imię miał Czesław i słowo to stało się kryptonimem naszym i naszego telefonu
polowego. Wkrótce zjawili się dwaj pozostali oficerowie plutonu, wspomniany
już por. Pertyński i podporucznik zawodowy, którego nazwisko wyleciało
mi z pamięci, mimo że po wojnie zgłosił się do mnie o poświadczenie jego
służby wojskowej.
W Ignatkach znajdowały się
magazyny mobilizacyjne naszego plutonu. Zaczęliśmy pobieranie ("Fasowanie")
butów i płaszczy kawaleryjskich, sukiennych mundurów, ostróg i innych części
oporządzenia. Pobraliśmy konie, które chłopi dostarczyli z poboru. Nikt
nie pytał mnie, czy umiem jeździć konno. W podchorążówce sanitarnej rezerwy
nie było nauki jazdy konnej (była w zawodowej). Na szczęście nauczyłem
się nieco we własnym zakresie w czasie manewrów. 250 naszych żołnierzy
(noszowych, woźniców, funkcyjnych itp.)pobrało karabinki. Hełmów dla nas
nie było, tylko furażerki. Nie starczyło też dla mnie pistoletu - Visa;
odebrałem go później jakiemuś rannemu.
Z kolei pobraliśmy namiot
z wieloma słupkami dla GPO (główny punkt opatrunkowy) brygady. Do transportu
całości potrzeba było wielu wozów konnych. Po jednym z pierwszych bombardowań
wozy te rozpierzchły się w różnych kierunkach i nie wszystkie się odnalazły.
Inna część zestawu przepadła, gdy ogon naszej kolumny odłączył się od czoła
ponieważ jeden z woźniców w środku kolumny zasnął i za nim stanęły pozostałe
wozy. Marsze naszej kolumny taborowej odbywały się niemal wyłącznie nocą
i to leśnymi drogami, a więc zjawisko to, niestety, nie było rzadkie.
Namiot głównego punktu opatrunkowego
rozwinęliśmy tylko raz, na próbę, przed rozpoczęciem działań wojennych.
Punkt opatrunkowy rozwijaliśmy najczęściej w pomieszczeniach szkolnych,
usuwając ławki. Pobraliśmy polowy autoklaw firmy Witt, na prymusy naftowe;
otrzymaliśmy wreszcie bogaty zestaw narzędzi chirurgicznych firmy Mann.
Były one, niestety, niklowane, nie chromowane, toteż rdzewiały w razie
konieczności nagłego odwrotu, gdy nie było możliwości wytarcia narzędzi
do sucha.
Duże ilości leków, opatrunków
osobistych i materiału opatrunkowego upakowane były w tzw. Jukach sanitarnych
w kształcie worów z wysokogatunkowej skóry, przytroczonych do boku pięknych,
rosłych koni.
Po umundurowaniu doszedłem do wniosku, że mój wyjściowy mundur nie
prędko będzie mi potrzebny, toteż odesłałem go polową pocztą do Warszawy.
Przesłałem też do domu sumę 600 zł, wypłaconych mi tytułem dodatku mobilizacyjnego
(nowymi banknotami 20-złotowymi, tzw. "zaolzianki"). Obie przesyłki nie
dotarły do Warszawy, mimo że dotarły listy i to upstrzone przez naszą cenzurę.
Wreszcie rozdano nam blaszane
znaki rozpoznawcze do zawieszania na szyi oraz opatrunki osobiste. Opatrunek
wkładało się do przeznaczonej na ten cel wewnętrznej kieszonki w kurtce,
z przodu, po lewej stronie. Gotowy do akcji pluton sanitarny konny przemaszerował
do miasta Pietrasze-Jurasy, gdzie w dniu 1 września zastał nas wybuch wojny.
Na razie nic się nie działo, dochodziły nas tylko wiadomości o bombardowaniach
miast polskich i o naszych bombardowaniach Berlina. Pod wieczór wezwano
mnie do sztabu brygady, celem udzielenia pomocy dwóm jeńcom, lotnikom,
którzy lądowali przymusowo. Jeden z nich, frajter, był ciężko ranny. Nie
bez emocji wystawiłem pierwszą w mej wojennej praktyce "kartę ewakuacyjną",
w której rubrykę "przydział służbowy" wypełniłem: jeniec. Dziwne, ale do
dziś pamiętam adres domowy w Norymberdze tego rannego jeńca.
Natomiast drugi jeniec,
kapitan lotnik, był lekko ranny, za to "frech" (bezczelny). Po opatrunku
zaprosił nas wszystkich do niemieckiej niewoli, gdzie "będziemy równie
mile przyjęci, jak on tutaj". Natomiast trzej czołgiści w czarnych mundurach,
czekający na przesłuchanie, byli potulni i wyraźnie trzęśli się ze strachu.
Seid Ihr Nazis? ("Jesteście hitlerowcami?") rzuciłem pytanie, przechodząc
obok. "Nie" odpowiedzieli chórem "należeliśmy do wywrotowej organizacji
podziemnej".
Następnego dnia (2 IX) pomaszerowaliśmy
w kierunku granicy i zajęliśmy pod główny punkt opatrunkowy budynek w majątku
ziemskim, którego właściciele ewakuowali się. Żołnierze nasi przygotowali
budynek do przyjęcia rannych. Wśród żołnierzy wyróżniał się kapral Poczobutt-Odlanicki.
Wreszcie wysterylizowaliśmy materiał opatrunku i narzędzia.
Brygada nasza składała się
z trzech pułków kawalerii (5 p. ułanów, 10 p. ułanów, 9 p. strz. Konnych)
oraz 14 dywizjonu artylerii konnej; celem natarcia w Prusach Wschodnich
był Johannisburg (Pisz).
A teraz kilka drobnych dygresji.
Przystępując do spisywania wspomnień nie przeprowadziłem żadnych studiów
historycznych. Opisuję tylko to, co przeżywałem osobiście i widziałem jako
naoczny świadek, lub co słyszałem bezpośrednio od rannych, kolegów oficerów
i żołnierzy naszej brygady i brygady sąsiedniej (Suwalskiej), również naocznych
świadków. W literaturze polskiej wypad na Prusy opisany jest jako natarcie
na Bełczące (Zawilski). W rzeczywistości zaś jeden z oficerów, kapitan,
adiunkt dowódcy (pułku czy brygady), zapytany przeze mnie w toku walk o
sytuację, pokazał mi swą mapę, na której były dwie równoległe linie; na
wysokości miasta linie te zaginały się ku sobie pod kątem prostym, ujmując
Jahannisburg w kleszcze. Inna rzecz, że natarcie doszło tylko do Sokołów
(Sokollen), skąd przyprowadzono nawet jeńców. Kilku z nich do polskiej
niewoli pojechało wygodnie zdobyczną dekawką, prowadzoną przez naszego
kierowcę, eskortowaną przez naszych kawalerzystów. Kapitalny to był widok.
W oczekiwaniu na pierwszych
rannych podszedłem ku samej granicy z grupką naszych żołnierzy. Niemal
wszyscy pochodzili z tych stron (okolice Szczuczyna) i przed wojną trudnili
się przykro powiedzieć przemytem. Jak opowiadali, "skok" przez granicę,
którą była droga biegnąca przed nami, robili obładowani masłem i "szpekiem",
w powrotnym kierunku zabierali kamyki do zapalniczek. Jeden z nich, wieśniak
spod Szczuczyna, z rozgoryczeniem mówił, że ze swego pola zbierał o połowę
mniej kartofli, niż jego sąsiad po drugiej stronie granicznej drogi, mający
sztuczne nawozy.
Wróciliśmy na punkt opatrunkowy,
gdyż zaczęły się rozlegać huki odpaleń naszych dział. Otrzymałem rozkaz
udania się w pole samochodem sanitarnym (było ich 4) po pierwszych rannych.
Przed nami pierwszej pomocy udzielali rannym lekarze pułkowi i ewakuowali
ich do nas. Siedząc obok kierowcy myślałem sobie: "A więc to jest już wojna,
nie ćwiczenia na poligonie ani manewry". Tymczasem pole, bądź co bądź pole
bitwy, wyglądało pokojowo. Obok drogi nasz chłop orał rolę konnym pługiem,
nie zważając na huk armat, nawet wróble nie były bardzo przestraszone.
Nie była to jednak bezpieczna wycieczka. Za chwilę spostrzegliśmy nad sobą
lotnika. "Nie będzie przecież polował na pojedynczy samochód, i to z czerwonym
krzyżem" powiedziałem, ale na wszelki wypadek zjechaliśmy w pole i stanęliśmy
pod gruszą. Samolot polował jednak nawet na pojedynczych ludzi, i
to cywilów. Za chwilę z pobliskich zabudowań wybiegła stara, zapłakana
kobieta i szlochając głośno podbiegła do nieruchomego kształtu na szosie.
Był to jej syn. Na szyi, w okolicach dużych naczyń, widoczny był mały wlot
kuli, ziemię pokrywała duża kałuża krwi.
Z pułku odebraliśmy pierwszych
czterech rannych, w tym niemieckiego feldfebla. Skrwawioną kurtkę "feldgrau"
zwinąłem w wałek i położyłem rannemu pod głowę, żeby mu się wygodniej jechało.
Na naramiennikach kurtki widniały 2 kwadraty.
Wkrótce zaczął się masowy
napływ rannych, naszych i Niemców z wojsk pogranicza (Grenzschultz). Pracowaliśmy
bez przerwy, zaś pomieszczenie przed naszą prymitywną salą operacyjną zapełniało
się ciągle. Nosze z rannymi ustawiano na podłodze "poczekalni". Nasi ranni
żołnierze, leżąc obok rannych Niemców, pokojowo rozmawiali z nimi po polsku
z mazurska: "... a wyśta walili do nas z tych budynków" mówili polscy żołnierze,
zaś Niemiec odpowiada jo, jo, a wasz masingwer był pod lasem. Zupełnie
jak rozmowa członków dwóch drużyn piłkarskich po skończonym meczu!
Ale wkrótce nadeszły złe
chwile. Rozległe rany szarpane w niczym nie przypominały pokojowych obrażeń,
widzianych przeze mnie w klinice. Wyrwany pośladek, podudzie trzymające
się na strzępie skóry, oderwana łopatka, twarz zamieniona w bezkształtną
krwawą masę, urazowa amputacja obu nóg, postrzały czaszki itd. Były to
skutki pocisków artyleryjskich i bomb lotniczych. Stosunkowo mniej było
ran zadanych przez pociski karabinowe, a w całej kompanii widziałem raz
tylko ranę od pchnięcia bagnetem. Wkrótce zaczęły się zgony. Wokół jednego
ze zmarłych od postrzału w czaszkę żołnierza zgromadziła się garstka jego
krajanów. "Chciał walczyć, zwyciężać, był mężny, i co teraz?".
Nakazanym kierunkiem ewakuacji
od nas był cywilny szpital w Łomży, zalecanym zaś postępowaniem pierwotny
szew po chirurgicznym oczyszczeniu rany. Oczywiście nałożenie szwu w rozległych
ranach szarpanych rzadko było możliwe, tam zaś, gdzie udało się to zrobić
skutki były niepomyślne. Jak mi mówił dr Fedorowicz, ordynator oddziału
chirurgicznego szpitala w Białymstoku, gdzie później przebywałem wraz z
rannymi, musiał on usuwać nasze szwy z powodu ropnych powikłań w ranie.
Po natarciu na Johannisburg
zaczęliśmy odwrót, niepokojeni stale przez lotnictwo niemieckie. W Nowogrodzie
roztarasowaliśmy się i zaraz potem nadszedł rozkaz zwijania się i dalszego
odwrotu. W miejscowości Święchy przeżywaliśmy nocny ostrzał artyleryjski,
po którym odnalazła się tylko część naszych wozów konnych i żołnierzy.
Przemarsz dniem stawał się niemożliwy. Planowy początkowo odwrót przerodził
się w bezplanowe przekradanie się między pancernymi klinami wroga. Pewnej
nocy kolumna nasza posuwała się wolno drogą przez las. Po obu stronach
lasu szły dwiema równoległymi szosami kolumny zmotoryzowane, podając sobie
białymi rakietami co kilka minut swe położenie. Rakiety wystrzeliwane były
coraz dalej ku przodowi od naszej kolumny, która pozostawała w tyle. Stawało
się jasne, że Niemcy osiągną cel naszego marszu na długo przed nami. Należało
iść do tyłu, gdzie znowu natknęliśmy się na wroga. Wreszcie z częścią plutonu
włączyłem się w bezładny potok pieszych, konnych, podwód, samochodów, dział
i jaszczy z różnych pomieszanych ze sobą jednostek.
Pewnej nocy maszerowaliśmy
polną drogą ku skrzyżowaniu z asfaltową szosą. Przy przejeździe przez twardą
szosę z miękkiej drogi polnej chłopskie wozy konne zaczynały niemiłosiernie
brzęczeć i dzwonić. Natychmiast zaczął się silny ostrzał artyleryjski.
Widocznie Niemcy byli zorientowani w terenie i wstrzelani za dnia, gdyż
ogień był celny. Zeskakując z konia i biegnąc w pole pomyślałem, że jednak
bez dobrej kondycji fizycznej ocalenie nie byłoby możliwe. Rzuciłem się
w cuchnącą siarką wyrwę, gdzie dopiero co rozerwał się pocisk, wiedząc
z literatury, że "dwa razy w tym samym miejscu...itd.". Sucha
trawa wokół wyrwy tliła się. Był to 10 września.
Jak się później okazało,
w tym dniu zginął mój ojciec w podobnym ostrzeliwaniu szosy pod Rawą Mazowiecką.
Uciekał on przed Niemcami konnym wozem z kilkoma sąsiadami z Piotrkowa
do Warszawy. Po tym ostrzeliwaniu i śmierci ojca towarzysze podróży zaprzestali
peregrynacji i zawrócili do Piotrkowa. Ojca nie pozostawili na szosie,
lecz zabrali zwłoki ze sobą i zajęli się w Piotrkowie pogrzebem, za co
niech im będą dzięki!
Maszerując dalej polną drogą
zrozumieliśmy, że przed nami musiała się tędy wycofywać jakaś duża jednostka
i prawdopodobnie została otoczona. Wszędzie stały porzucone wozy taborowe,
jaszcze, działa, nawet polowa radiostacja. Najprzykszejszy był widok drzew,
obwieszonych na kształt potwornych choinek bronią, w tym doskonałymi erkaemami
na licencji Browninga. Widziałem nawet porzucony karabin przeciwpancerny;
karabiny te otoczone dotychczas wielką tajemnicą rozdawano tuż przed rozpoczęciem
działań.
Dowództwo naszą kolumną
objął najstarszy stopniem, nieznany mi oficer. Zapowiedział on na noc przebijanie
się walką przez pierścień nieprzyjaciela. Nakazano porzucić cały sprzęt,
bagaże osobiste i wszystkie wozy, z wyjątkiem jednego z rannymi. Gdy artylerzyści
zaczęli topić w wodzie zamki od dział, zakopaliśmy nasze skórzane juki
z lekami i materiałem opatrunkowym. Moją walizkę z rzeczami osobistymi
postawiłem po prostu pod drzewem, z wyjątkiem jednego kompletu bielizny,
który nałożyłem na siebie po przemyślnych ablucjach w lesie. "To na wypadek,
gdybym został ranny" - pomyślałem.
Nie zostałem ranny. Szosę,
którą maszerowały zmotoryzowane kolumny, udało się w nocy przeskoczyć bez
walki. Ale cóż z tego, kiedy na zewnątrz pierścienia utworzył się
następny. Wreszcie wypytywani przez nas chłopi przestrzegli nas, że wokół
we wszystkich miasteczkach i wioskach są już Niemcy. W wiosce, której mieszkańcem
był jeden z naszych żołnierzy spędziliśmy na stryszku z sianem noc, a dzień
w jego obejściu. Na drugim końcu wsi w chałupach kwaterowali Niemcy.
Z kilkoma żołnierzami w
nocy dostaliśmy się do miejscowości Strable; kościół i plebania oblane
były księżycowym światłem. Zapukałem w szybę otwartego okna. Obudzony ksiądz
udzielił mi informacji i rady. Potwierdził wiadomość o zajęciu okolicznych
miejscowości przez Niemców, którzy rankiem pokazali się też i w Strablach.
Odradzał pozostanie w tej miejscowości, gdyż byłoby to niebezpieczne dla
nas i cywilnej ludności. Jak mi wiele lat po wojnie zakomunikował dr
Niewiński z Białegostoku, mój kolega z Uniwersytetu im. Stefana Batorego
w gdzie studiowałem medycynę przez pierwsze trzy lata), ksiądz w Strablach
pod koniec okupacji został aresztowany przez gestapo i rozstrzelany wraz
z trzema lekarzami Żydami, naszymi kolegami ze studiów, których ukrywał.
Przeprawialiśmy się przez
bród na Narwi i kierowaliśmy się na Białystok, gdzie - jak nas urzędowo
informowano jest punkt zborny i nastąpi reorganizacja. Chlupot wody zwrócił
uwagę Niemców, którzy oświetlili nas rakietami i ostrzelali z broni maszynowej,
raniąc śmiertelnie jednego z naszych żołnierzy. Wdrapaliśmy się z ciężko
rannym na stromy, przeciwległy brzeg Narwi w okolicy wsi Dochtórce, gdzie
ranny zmarł.
Przez kilka dni błądziliśmy
w lasach tak niedostępnych, że wydawało się, iż noga ludzka dawno tu nie
postała. Ale pod drzewem spostrzegłem puste pudełko po niemieckich papierosach
"Juno". Z jednym już tylko żołnierzem (białostoczaninem) dotarłem w okolicę
Białegostoku. Była noc, w pobliżu paliło się ognisko, wokół którego biwakowali
Niemcy (może placówka?), prowadząc hałaśliwe rozmowy z wybuchami śmiechu;
przekradaliśmy się bokiem i poszliśmy dalej. W pewnej chwili uwagę naszą
zwrócił szereg palących się ogni przed nami. Czyżby to była paląca się
kolumna samochodów? Widziałem już taki obraz. Nie, po prostu były to palące
się latarnie uliczne Białegostoku, na jakiejś dużej ulicy przedmieścia.
Miasto musiało już być od kilku dni zajęte przez Niemców. Na jasno oświetlonych
ulicach parkowały pojazdy wojskowe, a na murach rozlepione były już dwujęzyczne
afisze o obowiązku zgłaszania się do niewoli "byłych żołnierzy i
oficerów byłej polskiej armii". Oczywiście pod karą śmierci.
Niemcy, którzy nas wzięli
do niewoli mieli znudzone miny, obeszło się nawet bez tradycyjnego Hände
hoch.W olbrzymiej sali gimnastycznej białostockiego gimnazjum kłębił się
tłum ludzi w różnych mundurach. Wykonując gründlich rozkazy, wzięto do
niewoli również listonoszy, gajowych, kolejarzy... Widocznie pochwycono
każdego, kto nosił jakiś mundur. Wierny mój podkomendny (teraz raczej opiekun)
wystarał się dla mnie o garstkę słomy. Wyciągnąłem się na podłodze
i twardo zasnąłem.
Nazajutrz rozpoczęło się
potworne widowisko. Niemcy przyprowadzali ciągle nowych jeńców, również
cywilów, Żydów i in., ciągnąc ich za krawaty i wydając głosy nawoływania
świń. Schwytany musiał oczywiście trzymać ręce na Hände hoch. W okrucieństwach
celowali funkcjonariusze w burych mundurach (SA) i czarnych (Allgemaine
SS). Znałem dobrze te mundury, gdyż przebywając w latach 1937 1938
na specjalizacji w Wiedniu, przeżywałem w marcu 1938 r. "anszlus" Austrii.
Liczni asystenci kliniki chirurgii szczękowej nałożyli te mundury nazajutrz
po przewrocie hitlerowskim.
Zaczęły się rozstrzeliwania
na podwórzu szkolnym. Żandarmeria polowa przeprowadziła egzekucję kilkunastu
cywilnych mężczyzn, w tym chłopca w mundurku harcerskim. Ukradkiem przez
okno ubikacji szkolnej spoglądaliśmy ze zgrozą na tę scenę. Po zabraniu
zwłok należało doprowadzić teren do porządku, bo Ordung muss sein. W tym
celu przypędzono kilku Żydów i księży. Żydzi zawieszone mieli na szyi krzyże,
księża zaś portrety Rydza-Śmigłego, jedne i drugie zdjęte ze ścian pomieszczeń
szkolnych. Musieli oni gołymi rękami usuwać bryły ziemi, przepojone skrzepami
krwi. A w maju 1945 r. żona moja (pracowała jako pielęgniarka operacyjna
na moim oddziale) dokarmiała głodne dzieci niemieckie.
Wierny mój podkomendny wywiedział
się, że na piętrze Niemcy w jednej z klas urządzili salę dla jeńców oficerów.
Zwróciłem się do pilnującego nas żandarma o rozmowę z oficerem. Żandarm
na ramieniu nosił na pasie dziwną dla mnie broń, którą dotychczas widywałem
tylko w kinie, na gangsterskich filmach amerykańskich. Był to pistolet
maszynowy.
Za chwilę na salę gimnastyczną
wkroczyło kilku oficerów żandarmerii polowej (Feldgendarmerie). Oświadczyłem,
że jestem oficerem lekarzem i proszę o umieszczenie mnie na sali oficerskiej.
Zaprowadzono mnie jednak nie do sali oficerskiej na górze, lecz do pokoju
- ambulatorium dla jeńców, które prowadził wzięty do niewoli wcześniej
major lekarz, i któremu przepisowo zameldowałem się. Rozpoczęliśmy wspólnie
pracę. Skromne zaopatrzenie ambulatorium było zasługą PCK, skąd też dostawaliśmy
dla siebie zupę, chleb i najlepsze w świecie papierosy "Machorkowe". Raz
dostałem zaopatrzenie niemieckie. Do ambulatorium przyszedł gruby podoficer,
powiedział: hier i postawił przede mną puszkę topionego masła oraz drugą
topionego sera.
Z owym majorem lekarzem
przeżyłem wspólnie kilkanaście najgorszych dni. Jak mówiono mi wiele lat
po wojnie w Białymstoku, nie przeżył on wojny, zginął w Katyniu. Nie zapamiętałem
jego nazwiska.
Po kilku dniach odwiedziłem
wspomnianą salę oficerską, w której przebywało 4-5 oficerów grających w
karty. Niesłychanie zdumiony byłem na widok walizki, stojącej na podłodze
(nawet nie pod łóżkiem) obok stołu i pełnej pieniędzy (w niewoli!), skąd
grający w karty czerpali w miarę potrzeby. Drugi raz w mym życiu walizkę
pełną banknotów widziałem po kapitulacji Niemców, w miejscowości Biesenthal
pod Berlinem. Ta stała na dworze obok baraku i były to pieniądze niemieckie,
które bynajmniej przez Rosjan nie zostały unieważnione i jak się później
okazało jeszcze długo służyły jako pieniądz obiegowy.
Walizka z polskimi pieniędzmi
nie przyniosła szczęścia jej posiadaczom. Po wyjściu Niemców z Białegostoku
i wejściu Rosjan do owego majora lekarza i do mnie przyszli do szpitala
panowie i panie z PCK i opowiedzieli nam straszliwą historię. Otóż
oficerowie, posiadacze walizki, usiłowali, kogoś przekupić, wynajęli potajemnie
wóz konny z przewodnikiem za 5000 zł, zorganizowali ucieczkę i wszyscy
w czasie ucieczki (?) zostali zastrzeleni. Co więcej, komenda Feldgendarmerie
przypisywała ten sam zamiar przekupstwa i ucieczki również nam, dwóm oficerom
lekarzom. I my również mieliśmy być rozstrzelani, chociaż nikt z owych
oficerów nie dzielił się z nami zamiarami ucieczki i o niczym nie wiedzieliśmy.
Dopiero na usilne interwencje PCK (informowali członkowie tej instytucji)
z powołaniem się na fakt, że jesteśmy lekarzami, żandarmeria odstąpiła
od tego zamiaru. Chyba uratowało nas też wyjście Niemców z Białegostoku
i wkroczenie doń Armii Czerwonej.
Szykując się do opuszczenia
miasta Niemcy zamierzali wysłać do obozów jenieckich naszych wziętych do
niewoli żołnierzy i oficerów. Lekarz żandarmerii polecił mi wybrać spośród
jeńców tych, którzy nie kwalifikowali się do transportu pieszo, rannych,
chorych itd. Spór wynikł natychmiast z powodu oddzielenia przeze mnie strzelca
z postrzałowym złamaniem strzałki, którego zakwalifikowałem do transportu
samochodem. Przed budynek szkolny zajechały czerwone autobusy z napisem
Deutsche Reichspost. Lekarz - żandarm upierał się, by ranny pomaszerował
pieszo. Ale tibia jest cała? zapytał: to może on biec (Da kann er
laufen). Sytuacja była dla mnie szczególnie upokarzająca. Po kilku dobach
spędzonych w lesie, z unikaniem osiedli, zajętych przez Niemców, byłem
brudny i nie ogolony; klęczałem na podłodze obok noszy z rannym, demonstrując
ranę. Nade mną stał czysty i wytworny, pachnący wodą kolońską oficer niemiecki.
Ale po kilkunastu dniach inny oficer-lekarz niemiecki (z Wermachtu) wygłosił
do mnie pochwalne przemówienie, dziękując mi za pomoc w ratowaniu życia
i zdrowia niemieckich żołnierzy. Kilkunastu rannych niemieckich żołnierzy,
niezdolnych do transportu, przebywało w białostockim szpitalu już po opuszczeniu
Białegostoku przez wojska niemieckie. Opuszczając miasto Niemcy pozostawili
ze swymi rannymi żołnierzami lekarza i kilku sanitariuszy. Ponieważ wówczas
mieszkałem w szpitalu i pełniłem dyżury, a wśród przeważnie ciężko rannych
Niemców wynikały późne (wtórne) krwawienia z ran, lekarz ów przyzywał mnie
na pomoc, nie mogąc podołać krwawieniom w cięższych przypadkach.
W drugiej połowie września
do Białegostoku wkroczyła Armia Czerwona. Niemcy zaś opuścili miasto. Do
szpitala w Białymstoku (dziś Szpital Kliniczny) przenieśli oni naszych
rannych jeńców i - jak wspomniałem - swoich ciężko rannych żołnierzy.
Na samym końcu dwaj feldfeble samochodem opel olimpia (cywilnym) przewieźli
do szpitala również nas, dwóch oficerów lekarzy. Innych jeńców rozpuszczono
do domu, wbrew pierwotnym zamiarom. Nazajutrz do szpitala przybył patrol
żołnierzy radzieckich, których dowódca zwrócił się do lekarzy i pacjentów
stojących na korytarzu, z pytaniem: "A wy znajete czto kwam priszła raboczo
krestjanskaja Krasnaja Armia?". W oknach drżały szyby od huku przeciągającej
ulicą kolumny wielkich czołgów.
Jak już mówiłem, w czasie
wojny nie robiłem notatek. Zresztą, biorąc pod uwagę moje burzliwe losy,
można byłoby wątpić, czy ocaleją one i ich autor. Polegam więc wyłącznie
na swej pamięci, zwodniczej przecież. Gdy się jednak coś ciężko przeżywa,
wiele w tej pamięci pozostaje, a wspomnienia stają się wiecznie żywe. Tak
więc pamiętam liczne epizody i sceny wojenne, nie mógłbym jednak z pewnością
odtworzyć ich kolejności, a w żadnym razie dokładniejszych dat i miejsca
na mapie.
Pamiętam, jak około miejscowości
Wyliny Ruś zasypialiśmy zmęczeni, mimo że dookoła rozlegał się chrzęst
gąsienic. W lesie (chyba w okolicy m. Warele) podczołgałem się w dzień
z kilkoma ułanami na skraj lasu, skąd widać było często lądujące samoloty
niemieckie, z których wytaczano beczki, chyba z benzyną.
Innym razem cofaliśmy się
idąc osiedlową drogą, krzyżującą się z szosą. Domostwa po obu stronach
drogi płonęły wielkim ogniem. Widziałem leżące opodal zwłoki żołnierza
spalonego. Powłoki ciała nie były zwęglone w ogóle nie było powłok, pozostały
odsłonięte mięśnie jak na preparacie anatomicznym. Na głowie tkwił jeszcze
grzebieniasty hełm, obok leżała w okolicy pasa metalowa manierka.
Ran na tej wojnie widziałem
wielką mnogość, a ich różnorodność po pewnym czasie przestała mnie zdumiewać.
Jedna wszakże rana zaintrygowała mnie szczególnie. Była to drobna, powierzchowna
ranka na wewnętrznej powierzchni środkowego palca prawej ręki, przy współistniejącym
postrzale miękkich tkanek lewego uda. Nie umiałem skojarzyć tych dwóch
ran, ani wyobrazić kierunku lotu pocisku. Ranny woźnica z kolumny taborowej
wyjaśnił mi, że te dwie rany powstały niezależnie, w wyniku dwóch kolejnych
postrzałów. Otóż jednej nocy kolumna konnych wozów posuwała się szosą wśród
lasu. Niemcy zorganizowali zasadzkę, zostawiając część pancernych wozów
obok szosy, a w odległości kilkuset metrów - resztę. Gdy czoło kolumny
dotarło do pierwszej grupy wozów, zaczajeni Niemcy nie zdradzili swej obecności.
Dopiero, gdy kolumna zbliżyła się do drugiej grupy, na znak dany niebieskim
światłem (sinym jak było w oryginalnej narracji) obie grupy wozów rozpoczęły
silny ogień z broni maszynowej wzdłuż kolumny, z przodu i z tyłu. Wówczas
właśnie woźnica odniósł ranę uda. Niemcy opuścili swe wozy, zbliżyli się
do kolumny i przystąpili do systematycznego dobijania rannych. Gdy woźnica
ów zobaczył nad sobą nachylonego Niemca z pistoletem, usiłował niezdarnie
(ale skutecznie) odepchnąć lufę pistoletu od swojej głowy. Padł strzał,
ale chybiony, jeżeli nie liczyć drobnej rany na palcu od stycznego postrzału.
Byłem chirurgiem wiele lat
i widziałem wiele ran, pokojowych i wojennych, ale chyba nigdy nie zniknie
w mej pamięci ta drobna rada palca ręki, gołej ręki, odpychającej pistolet
żołnierza-mordercy, który dobija rannego przeciwnika.
Jak zachowywali się nasi
żołnierze w walce? W moim wąskim polu widzenia nie było kawaleryjskiej
szarży na czołgi, nic też nie słyszałem. Widziałem jedną tylko lancę i
to używaną jako chorągiew Czerwonego Krzyża na oznaczenie punktu opatrunkowego.
Ułani i strzelcy konni byli to rośli, specjalnie dobrani fizycznie chłopcy,
o dziarskich, młodych twarzach, dobrze umundurowani, w juchtowych butach,
grzebieniastych, francuskich hełmach, na dobranych koniach, ożywieni chęcią
walki. To nie był truizm! Pamiętam pewnego młodego oficera, mężczyznę o
urodzie modela z obrazu Kossaka, który - kończąc z kimś rozmowę dodał:
"Ja idę do walki" i spiął konia. Po niewielu godzinach widziałem go na
naszym stole operacyjnym, niemiłosiernie poszarpanego przez niemieckie
granaty. To było piękne wojsko!
A nasza technika? Przypominam
sobie innego z naszych rannych, chorążego z oddziału samochodów pancernych
brygady, z tępym (!) urazem stopy. Sytuacja, w jakiej się znalazł, była
wręcz odwrotna do tego, co działo się stale. To on siedział w opancerzonym
wozie, gdy na polanę wjechało kilku kawalerzystów niemieckich. Miał oddać
serię, gdy okazało się, że jego karabin maszynowy ma zacięcie. Samochód
pancerny marki Panhard też nie był ostatnim modelem wozu bojowego.
A morale? Jakież może być
morale oddziału, gdy nagle od strony, skąd dotychczas dochodziło zaopatrzenie
i przyjeżdżali wyżsi oficerowie na inspekcję, pokazują się nieprzyjacielskie
czołgi? (Używano wówczas raczej słowa tanki). Jakież może być morale
oddziału, który otrzymał rozkaz wycofania się do miejscowości X, a który
dowiaduje się, że miejscowość ta została już zajęta przez szybszego przeciwnika?
Gdy przeciwnik jest też z tyłu, po bokach i w powietrzu, nad oddziałem?
Nie chciałbym narazić się na śmieszność i zabierać głos w sprawach wyższej
strategii i taktyki, będąc tylko "łapiduchem", ale z tego co widziałem
i przeżywałem wynika, że najważniejszą przyczyną przegranej było wbijanie
przez nieprzyjaciela w nasze szeregi pancernych klinów i związana z tym
dezorganizacja, a nie przewaga liczebna, wyrażana chętnie publikowanymi
cyframi.
Pierwsze oznaki rozprężenia
pojawiły się, gdy wezwany na odprawę dowódca nie mógł już wrócić do oddziału
z powodu przerwania komunikacji na spokojnym dotąd zapleczu, gdy do oddziału
nie mogła już dotrzeć kuchnia polowa i chleb, nie mówiąc już np. o płynach
krwiozastępczych, które wyczerpały się po pierwszym dniu walk o Johannisburg.
Resztki drogocennych papierosów "Machorkowych" żołnierz trzymał nie w kieszeni,
lecz w najpewniejszym miejscu na głowie, pod furażerką. Raz zakupiono
na wsi kury i świnię (plutonem dowodził wówczas por. Pertyński). Świnię
ubito strzałami z Visa, ale na przygotowanie posiłku nie było już czasu.
Pamiętam do dziś siedzącego w siodle żołnierza, trzymającego przed sobą
na końskim grzbiecie połówkę świni. Alarm, okrzyk tanki! i odwrót.
Okrzyk ten (często fałszywy)
wprowadzał panikę. Pamiętam, jak wycofywaliśmy się wąską drogą osiedlową,
między zabudowaniami. Na alarm "tanki" woźnice podcięli konie; wozy przewracając
się w pędzie wpadały jedne na drugie, panika i ucieczka. W drzwiach swoich
domostw stali po obu stronach drogi wieśniacy i wieśniaczki i przypatrywali
się temu obrazowi z przerażeniem i łzami w oczach.
Na zakończenie sytuacja, którą sam przeżyłem i to - przyznaję - w wielkim
strachu. Wycofywaliśmy się z lasu, idąc dalej drogą. Obok drogi zajęła
stanowisko drużyna ckm. Gdy mijałem to stanowisko, nadjechali konno dwaj
nieznani mi oficerowie sztabowi, z których jeden, zwracając się do mnie
dał rozkaz: "Panie poruczniku, zostanie pan z tą drużyną i proszę mi nie
przepuszczać czołgów". Opaskę Czerwonego Krzyża miałem na rękawie kurtki,
pod płaszczem. Cóż miałem robić, zdjąć płaszcz i dyskutować? Zresztą oficerowie
zaraz odjechali, zdążyłem rzucić tylko: "tak jest" i wyciągnąłem się na
ziemi za celowniczym. Miałem na piersi, za pazuchą Visa i dostrzegłem,
że spłonki w zataśmowanej amunicji są kolorowe (a więc przeciwpancerne?).
Z lasu dochodził huk motoru i chrzęst gąsienic, raz cichszy, raz bliższy
i wyraźniejszy. Niucha szepnął celowniczy. W pewnej chwili huk zaczął
oddalać się i ucichł zupełnie. Nie było mi dane zostać bohaterem, żywym
ani martwym.
dr n. med. Piotr Müldner-Nieckowski
Przed laty* otrzymałem list,
w którym korespondent szczerze wyznał, że pisanie prac naukowych sprawia
mu dużą trudność. Zwykle po napisaniu wydaje mu się, że tekst jest całkowicie
poprawny, a potem przełożony i redaktorzy czasopism robią z artykułu "coś,
co można nazwać totalną przeróbką". Myślę, że autorowi listu chodziło o
stresy związane z upokorzeniem. "Nigdy nie udało mi się napisać czegoś
od razu, za jednym zamachem. To chyba jest ciężkie pióro", pisze i dodaje
"nigdy nie poznałem języka polskiego w dostatecznym stopniu".
Samooskarżenie to jest tylko
z pozoru poważne. Powiem tylko tyle: nie ma pisarzy, którzy piszą teksty
od razu dobre. Najwięksi mistrzowie stylu zapracowali na swoją reputację
ogromną, katorżniczą pracą. Hemingway przepracowywał "Starego czlowieka
i morze" dwieście (cyframi: 200) razy, zanim zdecydował się na publikację.
To nie przychodzi lekko...
Wydaje się, że osoby takie
jak autor listu popełniają błąd "odepchnięcia", jeszcze zanim zaczną pisać.
Polega to na przyjęciu założenia, że istnieją ludzie o lekkim piórze i
tacy, co urodzili się bez tej cechy (podobnie jak ze słuchem muzycznym).
Ale jest to pogląd fałszywy. Sposób pisania jest sposobem życia i można
nad nim pracować. Nie wierzę w prasowe zapewnienia, że niemal co drugi
Polak z wyższym wykształceniem jest dyslektykiem. Ostatnio "Gazeta Wyborcza"
podjęła się nobilitacji dyslektyków, z zachwytem przedstawiając Jacka Kuronia
jako czołowego przedstawiciela językowo upośledzonych. Byłem kiedyś świadkiem
sugestywnego badania przeprowadzonego przez psychologów z osobami, które
uznano za dyslektyczne. Badanym kazano wypowiedzieć się na jakiś temat,
i każdy fragment powtarzać dwukrotnie, a potem, zdanie po zdaniu, zapisywać
to, co zapamiętali z własnej wypowiedzi. I udało się. Po trzech dniach
zajęć dwudziestu dyslektyków okazało się dwudziestoma autorami. Diagnoza
była błędna. Być może każdy z nas powinien co pewien czas zrobić opisane
wyżej ćwiczenie i w ten sposób doskonalić pisanie. Dokładnie tak, jak podczas
nauki języka obcego.
Znani metodycy pisania użytkowego,
np. Hans Selye czy Jarosław Rudniański, podkreślają, że nie można dobrze
napisać pracy, jeśli się przedtem nie zrobi jej szczegółowego planu, jak
w wypracowaniu szkolnym. Szkoda, że uczniowie, a potem absolwenci liceów
tak to lekceważą! Nie chce im się tego robić, a nie przypuszczają, że tu
jest pies pogrzebany. Mają pretensje do nauczycieli (źli), polszczyzny
(trudna) albo genów (dysleksja), ale zapominają o własnym lenistwie...
Niektórzy radzą, aby autor
każdą część artykułu pisał na osobnych kartkach, a potem ułożył je w odpowiedniej
kolejności i wprowadził ewentualne poprawki w ich układzie przez przecinanie
kartek i przesuwanie fragmentów tekstu na inne miejsce. (Zwracam uwagę,
że to nie to samo, co przekładanka w programie komputerowym typu Word.
Na ekranie całościowy ogląd tekstu jest niemożliwy). Przekładanka bardzo
ułatwia poznanie proporcji i ważności poszczególnych części pracy, a jednocześnie
umożliwia wgląd w logiczną budowę zdań i następstwo myśli. Ale to nie wystarczy.
Po przepisaniu takiej składanki trzeba pracę nad językiem powtórzyć, co
przy odpowiednim nastawieniu psychicznym może być najpiękniejszym etapem
roboty: tu analiza tekstu służy syntezie rozumowania i nadawaniu tekstowi
prostoty. Posłużę się przykładem wziętym z pewnego artykułu. Oto jego fragment
początkowy:
"Celem pracy była ocena rodzaju i charakteru wpływu stosowanej glikokortykoterapii w tych głównych stanach chorobowych, które dotyczą uszkodzenia wątroby na zachowanie się badanych parametrów substancji X, a także próba oceny ewentualnego związku substancji X z kształtowaniem się patogenezy i obrazu klinicznego uszkodzenia wątroby, jak również określenia wartości diagnostyczno-prognostycznej zachowania się badanych wskaźników substancji X w dynamice i przebiegu wątrobowego procesu uszkodzeniowego i z uchwyceniem ewentualnej korelacji z odczynościową immunologiczną ustroju".
Tekst jest niemal poprawny,
ale niezdarny, niejasny i zmusza do dwukrotnego czytania. Trzeba więc od
nowa zadać sobie pytanie "co jest celem pracy" i wypisać to w formie haseł:
1) ocena wpływu kortykoterapii uszkodzenia wątroby na zmiany wskaźników
przemiany substancji X,
2) próba oceny wpływu substancji X na patogenezę i obraz kliniczny
uszkodzenia wątroby,
3) ocena wartości badanych wskaźników przemiany substancji X dla rozpoznania
stopnia uszkodzenia wątroby,
4) ocena współzależności zmian tych wskaźników i zjawisk immunologicznych.
Wydawałoby się, że mamy do czynienia z tekstem identycznym, ale proszę zwrócić uwagę na to, który z nich jest bardziej czytelny. Teraz, jeżeli autorowi nie odpowiada szkolna forma wymieniania w punktach, trzeba poszczególne hasła tak opracować, aby były nadal bardzo proste i jednocześnie dawały się ułożyć w zdania współrzędne, a może, wedle upodobania, w osobne. Ten ostatni sposób odpowiada mi najbardziej, bo pogłębia przejrzystość.
Zaczynamy.
Punkt 1. Zwracam uwagę na znaczenie słowa kortykoterapia (rzeczownik
odsłowny), które opisuje pewną czynność, dlatego figura "kortykoterapia
stosowana w uszkodzeniu wątroby" jest tautologią, a poprawnie brzmi "kortykoterapia
uszkodzenia wątroby", przy czym użycie zwrotu "stosowana w tych stanach
chorobowych, które dotyczą uszkodzenia wątroby" już jest zbędne. Chodzi
o uszkodzenie wątroby, a nie o owe stany chorobowe, ponadto w części artykułu
"Materiał i metoda" wymienimy szczegółowo sposoby badania. Podobna uwaga
dotyczy "wskaźników substancji X". Wystarczy napisać, że chodzi o "przemianę
substancji X", gdyż i tak zakładamy, że opis badania zawrzemy w dalszej
części pracy. Czytelnika obchodzi tu tylko ogóle założenie. Zatem pierwsze
hasło w gotowej postaci będzie wyglądało tak:
"Celem pracy była ocena wpływu kortykoterapii uszkodzenia wątroby na
przemianę substancji X".
Punkt 2. Tu tekst nie wymaga szczegółowej obróbki. Trzeba tylko dodać, że "podjęto również próbę...".
Punkt 3. Autor zamierzał ocenić wartość diagnostyczną niektórych wskaźników przemiany substancji X, ale nie zrobił tego do końca. Dlatego konieczne jest użycie zwrotu "starano się określić...".
Punkt 4. jest jasny i nie wymaga pracy. To hasło można połączyć ze zdaniem poprzednim, bo dotyczy tej samej sprawy. Mamy więc poprawiony fragment artykułu:
"Celem pracy była ocena wpływu kortykoterapii uszkodzenia wątroby na przemianę substancji X. Podjęto również próbę oceny wpływu substancji X na patogenezę i obraz kliniczny uszkodzenia wątroby. Starano się określić wartość badanych wskaźników przemiany substancji X dla rozpoznania stopnia uszkodzenia wątroby oraz ich współzależność z wynikami testów odczynowości immunologicznej".
Proszę teraz porównać tekst początkowy z opracowanym. Takie zajęcie przy pewnej wprawie zabiera kilka minut, a wyniki są po prostu przyjemne dla autora. Żeby trafić w dziesiątkę, trzeba najpierw wytężyć oko i napiąć łuk, który bywa bardzo twardy. A przecież wiadomo, że wielkimi pisarzami bywali nawet ludzie niewidomi (np. Borges, Szajnocha). Cóż dopiero młodzi i zdrowi!
Promocja książki o Profesorze Wesołowskim
Mgr Mirosława Kurpeta
Dyrekcja Szpitala Wojewódzkiego
w Ciechanowie i zarząd Regionalny Polskiego Towarzystwa Lekarskiego w Ciechanowie
29 grudnia 1999 r. zorganizowały promocję książki Edwarda Lewandowskiego
"Profesor Stefan Wesołowski".
W uroczystości uczestniczyło
ok. 200 osób, poza Profesorem Wesołowskim i jego najbliższą rodziną, byli
obecni autor biografii, historyk, znawca regionu Edward Lewandowski, dyrektor
szpitala dr Jacek Krzyśpiak, prezes zarządu Regionalnego PTL dr Iwona Biesiadko,
lekarze, pielęgniarki, współpracownicy i przyjaciele Profesora z Ciechanowa
i Warszawy.
Profesor Wesołowski, jak
zwykle w dobrej formie, czarował zgromadzonych szampańskim humorem i dowcipami.
Niestrudzenie podpisywał kolejne egzemplarze starannie opracowanej i pięknie
wydanej książki, a kolejka była bardzo długa. Uroczystość uświetniła lampka
szampana i znakomite wyroby szpitalnej stołówki.
Powrót do spisu treści
Profesor Maria Halina Zapaśnik-Kobierska (1909 1999)
Prof. dr hab. Danuta Chmielewska-Szewczyk
Maria Halina Zapaśnik-Kobierska
urodziła się w Wilnie 16.08.1909 r. jako jedyna córka Jadwigi z Bocianowskich
i Bolesława Zapaśnika. Jej 3 starsi bracia i rodzice byli zakochani w tej
pięknej i utalentowanej dziewczynie, pełnej radości życia i życzliwości
do ludzi. W 1930 r. otrzymała świadectwo dojrzałości w Państwowym Gimnazjum
im. E.Orzeszkowej, a w 7 lat później uzyskała dyplom lekarza jako absolwentka
Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu im.Stefana Batorego w Wilnie.
Urodzona, wychowana i wykształcona
w Wilnie Maria Halina Zapaśnik-Kobierska całe swoje dalsze życie związała
z Warszawą.
Już w czasie studiów praktyki
wakacyjne, a potem staż podyplomowy odbywała w Sanatorium dla dzieci na
"Górce" w Busku Zdroju pod kierownictwem dr Szymona Starkiewicza. Tam właśnie
postanowiła być pediatrą.
Maria Halina Zapaśnik zaraz
po uzyskaniu dyplomu lekarza w 1938 r. rozpoczęła pracę w klinice Dziecięcej
U.W. przy ul.Litewskiej kierowanej przez prof. M.Michałowicza początkowo
jako wolontariusz. Jednocześnie została zatrudniona w sanatorium dla dzieci
i młodzieży chorych na gruźlicę w Świdrze i Otwocku. Mieszkając i pracując
w Świdrze przetrwała tam tudny, początkowy okres wojny.
W 1940 roku miały miejsce
2 ważne zdarzenia dla dalszego życia lek.Marii Haliny Zapaśnik.
1. Wychodzi za mąż za inż. Zdzisława Kobierskiego, ze związku tego
w czasie wojny rodzi się córka Elżbieta.
2. Podejmuje stałą pracę w Klinice Dziecięcej przy ul.Litewskiej na
etacie asystenta. Pracując w tej Klinice przez cały okres okupacji dentyfikuje
się z losami tej placówki. Od wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkając
na Saskiej Kępie nie mogła przedostać się do prawobrzeżnej Warszawy, ale
wraz z grupą lekarzy organizuje szpital polowy przy ul. Saskiej 103 i pracuje
w nim kilka miesięcy.
O pracy konspiracyjnej dr
Marii Haliny Zapaśnik-Kobie